sobota, 28 lutego 2015

Rozdział XXIII - Krzysiu, tumanie boży!

 Podczas gdy w Łodzi Andrzej Wrona lżył się w duchu rozmaitymi epitetami, z których "kretyn" był najłagodniejszym, w Lubinie rozgrywał się inny dramat. Mianowicie po wygranym przez Jastrzębski meczu z Cuprum Zbigniew Bartman zwijał się z bólu. W trakcie drugiego seta coś mu nieprzyjemnie chrupnęło w prawym łokciu, po czym okazało się, że ramię Zbyszka nie nadaje się do użytku, każda bowiem próba uruchomienia go kończyła się eksplozją bólu.
Do Jastrzębia, gdzie oczekiwała go zaaferowana Marian, dojechał wprawdzie w miarę komfortowo, bo klubowy doktor usztywnił mu ramię i zaaplikował środki przeciwbólowe, za to wściekły był niepomiernie.
Marian oczywiście wiedziała z mediów, że Zibi się zepsuł, rozmiarów katastrofy jednak nie znała. Zobaczywszy wysiadającego z autokaru powstańca styczniowego z ramieniem na temblaku, zbladła, a jej oczy rozszerzyły się zgrozą.
- Aż tak źle? - zapytała wskazując opatrunek.
Zbysiu przybrał pozę twardziela.
- E, to nic takiego - rzekł nonszalancko. - Do wesela się zagoi.
- Do wesela? - najeżyła się Marian. - Ja ci dam do wesela! Dupa w samolot i do Włoch! Ja tam znam sportowego ortopedę, niech cię dokładnie zbada! Z takimi rzeczami nie ma żartów!
- Pysiaczku mój słodki, Maryjku kochany, a czy ja żartuję? - Zibi zmienił się z miejsca w potulnego misiaczka. - Jasne, że pójdę się przebadać, nie chcę sezonu zmarnować!
- No ja myślę! - Ruda wzięła się pod boki.
Koledzy Zbigniewa przyglądali się tej rozmowie chichocząc z cicha. Kto by pomyślał, że z pyskatego Bartmana zrobi się taki pantoflarz.
W ten sposób pierwszego grudnia Zibi i Marian wylecieli do Italii, nie bardzo słonecznej o tej porze roku, ale nie dla rekreacji przecież tam jechali. Zbyszek poddany został szczegółowym badaniom, potem zaś artroskopii, o czym nie omieszkał powiadomić świata za pomocą selfiaczka ze szpitalnego łoża. Tydzień później para była już w kraju, a Marian popędziła do Rzeszowa, spotkać się z dawno niewidzianą Jagną.
Dolegliwości początku ciąży, zwłaszcza zaś mdłości, odeszły w niepamięć i teraz Ignaczakówna wyglądała kwitnąco oraz promiennie, co Marian zauważyła od razu.
- Dziewczyno, jak ty zajebiście wyglądasz! - zakrzyknęła, chwytając przyjaciółkę w objęcia. - Jak gwiazda filmowa! Cera jak atłas, włosy jak jedwab, oczy jak diamenty...
- Porównania jak z harlekina - zaśmiała się Jagna.
- Ale jak najbardziej trafne - wzniosła palec Marian.
Po obiedzie, zjedzonym w pieleszach Jagny, zasiadły sobie wygodnie na kanapie, Marian z kieliszkiem białego wina, Jagna ze szklanką maślanki, która ostatnio okrutnie jej smakowała, zwłaszcza w zestawieniu z winogronami. Wielka micha tych owoców stała przed paniami na stoliku.
Ruda opowiedziała o rehabilitacyjnych mękach Zbigniewa, chwaląc go za dzielność i upór, Ignaczakówna za to zrelacjonowała niefortunne spotkanie z Wroną po meczu Skra - Resovia.
- Ty, może on jeszcze rokuje? - zainteresowała się Marian, wrzucając do ust winogrono. - Skoro wie, że jest debilem, to jakieś działające neurony mu chyba ocalały.
- I co, mam go tak przyjąć z rozłożonymi ramionami? - Jagna postukała się szklanką w czoło.
- Tam przyjąć - oczy Marian zapłonęły złym blaskiem. - Przepuścić przez ścieżkę zdrowia i niech pracuje na odbudowę zaufania. Jak udowodni, że jest medalowym narzeczonym i tatusiem, to możesz się wtedy łaskawie zastanowić.
Jagna pogardliwie prychnęła w maślankę.
- Najpierw niech się pozbędzie tej całej Sandruni - mruknęła. - To ja się łaskawie zastanowię, czy go w ogóle na tę ściezkę zdrowia wpuścić.
- Że też nie możemy mu w tym pomóc. - westchnęła Marian.
- Daj spokój nie będę się zniżać do takich praktyk.
- Oj tam w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone. Nooo chyba, że nie kochasz już Andrzejka?- Ruda spojrzała na przyjaciółkę przebiegle.
Ignaczakówna nie potrafiła kłamać, zresztą i tak po co miałaby to robić? Nie da się zaprzeczyć, że po pierwszym pocałunku z Wroniastym przepadła całkowicie.
- Kocham go i to jest właśnie mój największy problem. - jęknęła.
- No to walcz babo jedna! Walcz bo chociaż Wrona jest koncertowym debilem to taka miłość nie zdarza się często. - oczy Marian zalśniły dziwnym blaskiem i Jagne od razu wiedziała o co chodzi.
Ruda pierwszy raz w życiu zakochała się naprawdę.
- Marianku a odkąd tyś się taka poetycka stała? Czyżby miał na to wpływ twój upadły rycerz Zbigniew z Warszawy? - zachichotała Jagna.
Marian uśmiechnęła się szeroko ukazując rząd białych zębów przy czym z całej jej postaci promieniało szczęście. Jeszcze chwila a w salonie Ignaczakówny zaczną latać serduszka i motylki.
- Oj kocham tego łobuza Zbigniewa i wiesz co? Gdyby poprosił mnie o rękę to głupio byłoby odmówić. - zaśmiała się.
- Świat się wali. - podsumowała jej przyjaciółka.
Dwa tygodnie później rodzina Ignaczaków zjechała się na święta do domu Iwony i Krzysztofa. Igła krzątał się po salonie roznosząc wszystkim zebranym kieliszki wypełnione własnoręcznie przydządzonym grzańcem. Aromat tego napoju mieszał się ze smakowitymi zapachami obowiązkowych dwunastu potraw i lekko żywiczną wonią choinki. Ostatnią nutę w tym świątecznym koktajlu zapachowym dokładały płonące na stole świece z prawdziwego wosku.
Jagna wciągnęła z lubością w nozdrza ów aromat świąt i zrobiło jej się błogo. Z niejakim zdumieniem odnotowała, że Krzysiek stawia kieliszek grzańca i przed nią.
- Coś ci się nie pomyliło? - szturchnęła kuzyna w bok.
- Ale że co? - zdumiał się Igła.
Żona spojrzała na niego z lekkim politowaniem.
- Krzysiu, tumanie boży, ona przecież nie może alkoholu - wyjaśniła uczynnie Maja, siostra Jagny.
Krzysztof gwałtownie zamrugał, po czym zajarzył.
- O Matko Polko, no przecież! - plasnął się w czoło. - Oddawaj ten kieliszek, wujek Igła wypije za zdrowie siostrzeńców!
Zamaszystym gestem sprzątnął naczynie Jagnie sprzed nosa i postawił przy swoim nakryciu.
- Patrzcie, jaki skrzętny! - zaśmiała się mama Jagny.
Tymczasem Igła, jako gospodarz, zaczął dzielić biesiadników opłatkiem. Pożyczyli sobie wszyscy wszystkiego dobrego, poprzełamywali się czym trzeba i jęli kosztować dań na stole. Jagna, która zwykle uwielbiała uszka, teraz nie mogła się od nich oderwać, tak, że Krzysiek zaczął podkpiwać, że może tego specjału zabraknąć dla innych.
Po wieczerzy nadszedł czas na następne atrakcje tego wyjątkowego wieczoru. Najpierw wspólne kolędowanie, potem zaś wręczanie prezentów, moment gorliwie oczekiwany przez dzieci. Każdy dorosły też dostał jakiś mały upominek, należycie przez obdarowanego skomentowany, najczęściej w sposób dowcipny.
Jagna patrzyła na rozbawioną rodzinę, na dzieci, z wypiekami rozpakowujące podarki, Iwonę, odczytującą imiona na bilecikach oraz na Igłę, w skupieniu uwieczniającego to wszystko z pomocą swej wiernej kamery, czując jak w jej duszy kłębią się sprzeczne uczucia. Z jednej strony czuła się cudownie, nurzając się w rodzinnym cieple, z drugiej jednak czegoś jej brakowało.
Nie, nie czegoś.
Kogoś.
Tego utrapionego, brodatego półgłówka marnotrawnego, ojca jej nienarodzonych dziatek.
Andrzeja Wrony.
A on wybrał inaczej.
Przynajmniej tak wtedy myślała.
Nie wiedziała, że Wrona, spędzał wigilię u swoich rodziców, których z lekka przeraził ponurym nastrojem i wzdychaniem w barszcz oraz karpia w galarecie. Sandrunia bardzo chciała się na tę wigilię wprosić, ale ją wysłał do wszystkich diabłów i poszedł do swych rodzicieli sam.
A potem siedział przy stole, usiłując wyglądać pogodnie, by nie martwić mamy i bijąc się z myślami.
- Spójrz - mama Andrzeja trąciła swego męża w ramię. - Przecież on prawie nic nie zjadł.
Zaindagowany osobnik spojrzał na pełny talerz swojego pasierba, na którym drżała smętnie w takt westchnień ryba w galarecie.
- Może jest najedzony? - zasugerował ostrożnie.
- Co? Nie, nie jestem - odparł Wrona nieuważnie.
Jego rodzice spojrzeli po sobie.
- Synu, wszystko w porządku? - zapytał ojczym.
- Tak. To znaczy nie. - mruknął Andrzej. Ryba zadygotała jak w febrze. - Ta sprawa z Jagną... Ja muszę ją zobaczyć. Wiecie, że jestem debilem?
- Wiemy - wyrwało się jego matce. - To znaczy tak, jedź tam, uważamy, że to dobry pomysł. Prawda, kochanie?
Spojrzała znacząco na męża.
- Prawda - rzekł jej małżonek z mocą. - Andrzej, bądź wreszcie mężczyzną!
- Dzięki - Wrona poderwał swe długie cielsko zza stołu z takim impetem, że niemal go wywrócił. - Kocham was!
Uścisnął mocno oboje rodziców i łapiąc płaszcz w biegu popędził do drzwi.
Do Rzeszowa zdążył akurat koło północy, pomyślał więc, że nie ma po co jechać do Ignaczaków, bo wszyscy pewnie wybyli na pasterkę. Pojechał zatem do kościoła.
Rodzina Ignaczaków zajęła już jedną z ławek w bocznej nawie sanktuarium Matki Bożej Rzeszowskiej w centrum Rzeszowa. Andrzej ani sekundy się nie namyślając wślizgnął się do ławki za nimi ledwie mieszcząc swoje długie kończyny. Otoczony dwoma mocno wyperfumowanymi paniami w podeszłym wieku oczekiwał rozpoczęcia pierwszej mszy inaugurującej Boże Narodzenie. Jagna odziana w błękitny płaszcz, z rozpuszczonymi brązowymi puklami, zwizualizowała mu się jako istota anielska.
Kontemplację ukochanej przerwały Wronie nagłe ciemności a potem głośne odtrąbienie fanfar. Z lewej nawy kościoła ruszyła procesja na której czele podążał proboszcz niosący w rękach monstrancję po jego lewicy zaś jeden z kapłanów trzymał figurę imitującą małego Jezusa. Po fanfarach z galerii gruchnęły pierwsze takty „Wśród nocnej ciszy” a kościół jął rozbrzmiewać chórem męskich i damskich głosów wyśpiewujących tak głośno jak tylko śpiewa się w tę jedyną w roku noc.
Śpiewał i Wrona a jego głos doszedł do uszu Jagny i siedzącego obok niej Krzysztofa, który momentalnie zaczął wiercić się na swoim miejscu zezując zza ramienia na reprezentacyjnego kolegę. Jagna czuła narastający niepokój nie mając śmiałości odwrócić się w stronę Andrzeja. Po co przyjechał? Chciał ją dręczyć nawet w święta? A ona jak idiotka wierzyła cały czas, że może się zdarzyć cud i Wrona w końcu zmądrzeje. Nigdy przedtem nie była tak zalękniona, zupełnie jakby stąpała po kruchym lodzie w obawie, że ten runie a ona znajdzie się w lodowatej wodzie. Ciepły, niski baryton Andrzeja wibrował wśród fałszujących głosów babć siedzących obok niego a ona z trudem powstrzymywała się żeby nie uciec z kościoła.
Msza rozpoczęła się na dobre a Ignaczakówna nie pamiętała ani zdania z przydługawego kazania proboszcza.
Tymczasem Igła miał ochotę odwrócić się i przyłożyć Wroniastemu w ten brodaty dziób, a potem sponiewierać po śniegu. Jak śmiał niepokoić jego kuzynkę i to na dodatek w święta? Sandrunia została wyautowana? Nikt nie zaprosił tego buraka na Wigilię? Wcale by się nie zdziwił po tym co Andrzej wyprawiał najpewniej wyrzekła się go nawet matka.
Iwona widząc niecierpliwiącego się męża, delikatnie położyła swoją dłoń na jego przegubie. Wiedziała, że Krzysiek w chwilach wkurzenia i ekstremalnego podniecenia robi się tak nerwowy, a nie chciała zaczynać Świąt od mordobicia.
Gdy tylko msza dobiegła końca, Jagna wystrzeliła z ławki niczym sprinter z bloków startowych i popędziła do wyjścia, wiedząc, że zablokowany pobożnymi, a leciwymi, zatem powolnymi parafiankami Wrona nie będzie w stanie jej ścigać. Zanim jednak dotarła do drzwi, utknęła w tłumie, pełznącym z powolnością lodowca, czując, że może to dobrze, może on powinien ją dogonić. Racjonalna część umysłu Jagny warknęła na to wściekle, że ten brodaty jełop powinien spadać na bambus, a na rozmowę nie zasługuje.
Tak bijąc się z własnymi emocjami Jagna wypchnęła się w końcu na zewnątrz, po czym, ze spojrzeniem wbitym w czubki własnych butów, pomaszerowała w kierunku floty samochodowej familii Ignaczaków, mijając przy tym co wolniejszych wiernych.
Nagle, wydało jej się, że po lewej widzi znajomą postać o gabarytach kościelnej wieży i gwałtownie skręciła w prawo, z całym impetem waląc w coś twardego, spowitego jednak w miękką wełnę i pachnącego tak cudownie oraz znajomo.
Byłaby upadła, ale dwie, duże męskie dłonie podtrzymały ją i troskliwie ustawiły do pionu.
- Jaguś... - rzekł tkliwie jakże znajomy baryton.
- Mówiłam ci, cepie jeden, Jaguś to w "Chłopach"! - warknęła gniewnie, jednocześnie tłamsząc w sobie szaloną chęć wtulenia się w pierś Wrony.
Andrzej patrzył na nią z miną skruszonego bernardyna, psa, nie mnicha.
- Jagienka... - poprawił się.
- No czego? - cofnęła się o krok. - Co, chcesz się tłumaczyć?
- Nie - odparł. - Chcę powiedzieć, że jestem debilem.
- No i? Tyle, to ja już wiem.
Wrona zmobilizował w sobie wszystkie siły. To był chyba najtrudniejszy mecz w jego życiu.
- Chcę jakoś to wszystko naprawić - rzekł niezgrabnie. - To, co spieprzyłem. Jakoś ci wynagrodzić to całe gówno.
- A co, Sandrunia cię rzuciła? - zapytała Jagna jadowicie. - Tłum hoteczek zrzedł?
- Mam w dupie hoteczki, a Sandrunię posłałem w cholerę - odparł Andrzej. - Ja... ja coś zrozumiałem. Ten medal, sława, fanki, to wszystko jest gówno warte. Ty jesteś moim życiem, bez ciebie nic nigdy nie będzie miało sensu. Powiedz słowo, a znowu o ciebie zawalczę...
Fala wzruszenia zalała duszę Jagny, dziewczyna nie zdążyła jednak odpowiedzieć, bo w tym momencie nadciągnął zasapany Igła, przeklinający się, że tyle zeżarł i nie może biec szybciej, za nim zaś pędziła, powiewając płaszczami Iwona, pewna, że zaraz dojdzie do scen brutalnych i krwawych.
- Ty Wrona nie pomyliłeś adresów? - zapytał Krzysztof. - Szopka to na rynku, akurat osła potrzebują.
- Daj mi porozmawiać z Jagną - poprosił łagodnie Andrzej.
- O, ludzkim głosem przemówił - parsknął Igła. - W ryja powinienem ci da... Au!
To Iwona bez namysłu zdzieliła ślubnego otwartą dłonią w potylicę.
- Idziemy - oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Ale ja... - Krzysiek zaczął protestować.
- Idziemy - powtórzyła Iwona. - Ale już.
- Chcesz ją z nim zostawić? - odchodzący Igła awanturował się szeptem. - Po tym co jej zrobił?
Małżonka spojrzała na niego, czule i srogo zarazem, po czym zatkała mu usta pocałunkiem.
- Powinni sobie co nieco wyjaśnić, nie sądzisz? - poprawiła mu szalik. - Potem jak będzie trzeba możesz mu nakłaść po mordzie, ale na razie daj spokój.
Rozmiękczony Igła spojrzał na Iwonę maślanym wzrokiem.
- No chyba masz rację...
- Ja zawsze mam rację.
Tymczasem między Wroną a Jagną zapadła cisza.
Niezręczna cisza.
- No to ten - odchrząknął Andrzej. - Mnie naprawdę zależy. Wiem, że postąpiłem jak ostatni skurwysyn i nawet nie będę ciebie przepraszał, bo słowa nie wystarczą. Jaguś, kochanie, chcę ci pokazać, że już mi przeszło, mam mózg i chcę się tobą opiekować. I naszym dzieckiem. Podaj mnie próbom, przegoń przez piekło, zrób ze mną co chcesz, ale pozwól udowodnić, że mi zależy.
Jagna, targana istnym tsunami uczuć milczała, niepewna, czy bardziej w tej chwili pragnie Wronie przyłożyć, tak, żeby mu się łeb obrócił o sto osiemdziesiąt stopni, czy też paść w jego ramiona i pozwolić się obsypać pocałunkami. Z uwagi na wpływ ciążowych hormonów obawiała się jednak, że nawet próba zdzielenia Wrony w pysk może się skończyć rzuceniem na niego w celach jednoznacznie seksualnych, wolała zatem po prostu stać, ręce wetknąwszy w kieszenie płaszcza.
- Jaguś? A co? - zapytał Wrona nieco bez sensu, niczym jego imiennik z Trylogii Sienkiewicza.
W odpowiedzi dostał milczenie, okraszone spojrzeniem, które wydało mu się lodowate, choć w istocie rzeczy było lekko zaszklone. Poczuł, że nie wytrzyma tego ani chwili dłużej, że wolałby raczej, aby mu Kuklinowski boki przypiekał, od patrzenia na milczącą, chłodną Jagnę.
-No zrób coś, nie wiem, zacznij na mnie krzyczeć, daj mi w gębę! - jęknął rozdzierająco.
- Dziećmi - wydusiła z siebie po dłuższej przerwie.
- Co dziećmi?- zapytał zbaraniały.
- Musisz zaopiekować się dziećmi. - sprecyzowała odpowiedź.- Jestem w bliźniaczej ciąży.
Andrzej wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Pierwszy raz w życiu nie wiedział co powiedzieć, już jedno dziecko przewracało ich życie do góry nogami a tu nagle okazuje się, że będzie ich dwoje.
Bliźnięta.... Jak nie kochać tej kobiety?
- Bliźnięta....- szepnął wzruszony dotykając brzucha Jagny przesłoniętego płaszczem. Jawiła mu się teraz bardziej misternie niż Maryja. I jak on mógł wypuścić z rąk taki skarb? Był debilem!
______________________________________________________________________________
Powracamy z kolejnym rozdziałem, napisanym wbrew wszelkim trudnościom technicznym, technologicznym i logistycznym. Mamy nadzieję, że wam się spodoba!
Fiolka&Martina


środa, 21 stycznia 2015

Ogłoszenie duszpasterskie



Witajcie!

Jako, że Run zbliża się do nieuchronnego końca wpuściłyśmy do obiegu pilotażowy rozdział nowego opowiadania, które zajmie miejsce historii Jagny i Wrony. Nie chce nam się latać i informować więc jeśli macie ochotę to serdecznie zapraszamy do zapoznania się z prologiem na "Och Andrzeju". Jeśli kiedykolwiek oglądałyście film(y) Och Karol, to historia jest podobna a właściwie podobne jest zachowanie głównego bohatera.
Ponadto obserwujemy spadek liczby czytających, być może jest to nasza wina, bo ostatnio były miesięczne obsuwy, ale wszystko powinno wrócić na właściwe tory.

Zostawiamy Was z decyzją czy warto czytać "Och, Andrzeja"! :P

KLIK

wtorek, 13 stycznia 2015

Rozdział XXII - Wrona, niuchnij kawę i sczaj rzeczywistość...

    
    Od czasu ataku histerii u Jagny ,Szymon stał się częstym gościem w jej mieszkaniu, a i ona zachodziła do niego. Przyjaźń sąsiedzka rozkwitła jak młoda jabłonka wiosną, owocując wymianą przepisów, a także bezcennych informacji o poczynaniach administracji bloku, a także listonosza, który miał w zwyczaju skradać się jak ninja, by po cichu zostawić awizo i zniknąć bez śladu. Doręczenie przesyłki awizowanej do rąk własnych odbiorcy najwyraźniej było poniżej jego godności. Dlatego jeśli któreś zauważyło zmierzającego do bloku faceta z charakterystyczną torbą, dawało cynk temu drugiemu, po czym zaczynał się zażarty pościg za doręczycielem.
     Odbywała się również intensywna edukacja Szymona w zakresie opieki nad kotami. Futrzak uratowany ze śmietnika miał potworny świerzb w uszach, co oznaczało konieczność ich przemywania, a było prawie niewykonalne w pojedynkę, kot bowiem bronił się wszystkimi czterema kończynami. Dlatego też strategia wykonywania tego nieprzyjemnego zabiegu polegała na tym, że Szymon obezwładniał Bubę, a Jagna wymywała paskudztwo z zainfekowanych uszu. To zaś oznaczało regularne wizyty Jagny na włościach sąsiada.
     Podczas jednej z takich wizyt Ignaczakówna, zmierzając do salonu, dostrzegła przez otwarte drzwi sypialni oprawioną w szkło koszulkę Resovii z autografami zawodników, opartą o brzeg łóżka.
     - Lepiej to powieś - rzuciła mechaniczne do Szymona. - Ten mały szatan ci zaraz potłucze.
 Szymon, jedną nogą w salonie, odwrócił się i spojrzał w ślad za nią.
     - W sumie to masz rację - stwierdził, ruszając do kuchni. - Mam ją od jakiegoś czasu, ale dopiero się ogarnąłem, żeby kupić ramę.
     - Nie mówiłeś, że jesteś kibicem - rzekła Jagna, gdy Szymon brzęczał czymś w kuchni. 
     - A tak jakoś wyszło - odparł, wyłaniając się z młotkiem w jednej dłoni i gwoździem w drugiej. - Nawet chciałem pojechać teraz na mecz ze Skrą do Łodzi, ale nie zdążyłem biletu kupić.
 Wbił gwóźdź w ścianę nad łóżkiem, powiesił na nim oprawioną koszulkę i przyjrzał się całości z ukontentowaniem.
     - Było mi od razu mówić - pouczyła Jagna, przerywając mu kontemplację. - Załatwię ci ten bilet od ręki. Mam takie pewne chody w Sovii...
     - Wiem, przecież widziałem u ciebie Igłę - Szymon uśmiechnął się od ucha do ucha. - No i ta zbieżność nazwisk... Łatwo było się domyślić, że jesteś jego kuzynką.
     - To czemu nic nie mówiłeś? - zdziwiła się.
     - A co miałem zrobić, rzucić mu się z piskiem na szyję? Igła to piekielnie dobry libero, ale jest trochę nie w moim typie - zakpił. - Poza tym nie chciałem, żeby to wyglądało jakbym latał za tobą, tylko dlatego, że twój kuzyn jest znanym siatkarzem.
     - Myślałam, że latasz ze mną tylko dlatego, że nie potrafisz sam kotu uszu wyczyścić - odcięła się Jagna.
 Roześmieli się oboje.
     Ignaczakówna dotrzymała obietnicy i bilet załatwiła, tak, że Szymon zasiadł na trybunach obok niej oraz Iwony z dziećmi. Nie umknęło to uwagi Wrony, któremu obcy facet w znakomitej komitywie z Jagną rzucił się w oczy podczas rozgrzewki.
    Jego jasne oczy zwęziły się w szparki niczym u potomka Czyngis- Chana, łypiąc złowrogo na towarzysza Ignaczaków. Jego "kontemplację" przerwał Karol, który wyrósł przed nim niczym góra, zasłaniając mu widok.
    - Wronka a tobie co znowu? - zapytał nie zorientowawszy się o co chodzi.
    - Jagna. - mruknął tylko Andrzej.
    - Co Jagna? Przecież od prawie dwóch miesięcy nie macie ze sobą kontaktu. - podsumował odważnie.
Wrona spojrzał na niego jakby kot nasikał mu na nowiuśkie buty.
    - Na życzenie Jagny. - mruknął.
Kłos miał ochotę walnąć głową o parkiet a potem załamać się wewnętrznie. Gdyby głupota Ędrju mogła latać, to fruwałaby pod sufitem w Atlas Arenie niczym gołębica. Chociaż nie, gołębie to znaki pokoju, głupota Wrony była uwaga...wroną! Nigdy nie lubił tych krzykliwych ptaszysk.
    - Przez grzeczność i szacunek względem naszej przyjaźni nie skomentuję...
    - Ależ poużywaj sobie. Już pół reprezentacji i Skry a także nasze wilczki z Sovii próbowały prawić mi kazania. - sapnął. - Tylko porażka mojego związku z Jagienką Ignaczak ma ojca i matkę.
    - Ojca i matkę powinna mieć twoja progenitura, mój kochany Andy. - zripostował Karol. - Póki co, zanosi się że będzie wychowywane przez samotną matkę i wujka Ignaczaka.
- Nie porzucę swojego dziecka. - w głosie Andrzeja słychać było złowrogą nutę. - To, że nie układa mi się z Jagną nie oznacza, że jestem aż takim chujem, żeby wypiąć się na własne dziecko. Poza tym ona to robi specjalnie. Zaprosiła tego przystojniaczka celowo, żeby wzbudzić we mnie zazdrość.
- No i jej się to udało. - odparł wesoło Kłos. - Patrzysz na nich jak płatny morderca. - Zluzuj majciory od Calvina Klein'a mój miszczu. Na twoim miejscu przestałbym zachowywać się jak skończona pizdusia i walczył o Jagnę. Ale oczywiście jestem tylko twoim przyjacielem a to była tylko luźna sugestia, nie będę cię do niczego zmuszał. Masz prawie dwadzieścia sześć lat mistrzuniu.
    Wrona wywrócił oczyma.
     - Wszyscy jedziecie na tę samą nutę - rzekł. - Nuuuuuda.

     Jednak obecność tajemniczego przystojniaka u boku Jagny wywoływała w nim furię, zwiększoną jeszcze tym, że Ignaczakówna wytrwale go ignorowała, zupełnie jakby go wcale nie było. Furia owa ujawniła się na parkiecie, wpłynęła na kolegów ze Skry i sprawiła, że Resovia tłuczona była niczym kartofle na obiad.     Rzeszowianie przegrywali set za setem, Andrzej zaś szalał na parkiecie, jakby chciał się na nich zemścić za swoje problemy miłosne.
     Nie wiedział, że arktyczne traktowanie zawdzięcza Sandruni, tej, z którą gruchał na instasiu, a która zjawiła się na meczu i dopingowała Andrzeja w sposób wyjątkowo hałaśliwy i zwracający uwagę. Jagna ślepa nie była, rozpoznała ją od razu i szlag ją trafił epicki, postanowiła jednak nie dawać półgłówkowi tej satysfakcji i nie pokazywać nic po sobie. Chłód i obojętność, ot co.
     Po drugiej stronie siatki Krzysztof od razu wyczuł, że coś wisi w powietrzu. Wrona rzucał na trybuny spojrzenia maniakalnego mordercy, Jagna siedziała na nich z miną, wskazującą doświadczonemu oku Igły, że ma ochotę kogoś walnąć czymś ciężkim, a po przeciwległej stronie boiska jakaś idiotka wrzeszczała "Walcz, Jędruś, walcz!". Pobieżny rekonesans pozwolił mu zidentyfikować idiotkę, a to z kolei wywołało u niego wkurw. Którego nie rozładował podczas meczu, bo Sovia wtopiła trzy do zera.
     Nabuzowany wyszedł z szatni, akurat we właściwym momencie, by zobaczyć Wronę, wypadającego niczym torpeda z przeciwległych drzwi i prującego w stronę Jagny, wraz z Szymonem, Iwoną i dziećmi oczekującej na Krzysztofa.
 Zupełnie bez udziału woli Igły jego prawa stopa wysunęła się do przodu i podcięła jedną ze stóp Andrzeja. Ten gruchnął na posadzkę niczym ścięta sosna, z tą różnicą, że sosny nie krzyczą "Kurwa!".
 Zaraz potem zerwał się na równe nogi i przyskoczył do Krzysztofa, górując nad nim jak bardzo wkurzona wieża.
     - Pojebało cię? - syknął.
     - Nawet nie próbuj robić scen przy moich dzieciach - rzekł Igła, głosem jak stal. - Płyń stąd, grzecznie i po cichutku.
     - Widziałeś, gdzie ten fagas jej rękę trzyma? - Andrzej zacisnął pięści, patrząc na Szymona, obejmującego Jagnę w pasie.
     - Wrona, niuchnij kawę i sczaj rzeczywistość - warknął Igła, wkurzony już na dobre. - Sam macasz laski na lewo i prawo, więc o co ci chodzi?
Andrzej nie mogąc wymyślić nic mądrego po raz kolejny postanowił zostać mistrzem ciętej riposty.
    - O ten tramwaj co nie chodzi! - rzekł głupio, po czym wyminął zbaraniałego Igłę idąc w stronę szatni "gospodarzy" a przy okazji w przelocie mordując wzrokiem Szymona.
Strażak obserwował wszystko ze zdziwieniem, ale jako że był człowiekiem taktownym nie chciał poruszać "wzrokowego morderstwa" przy rodzinie Jagny. Krzyśkowi zły humor znikł jak zdmuchnięty, gdy na szyję rzuciła mu się Dominika wycałowując jego policzki.
    - Tatusiu nie przejmuj się! I tak jesteś super! - powiedziała z dziecięcą szczerością.
Libero spojrzał na swoją księżniczkę z ogromem miłości.
    - Dziękuje ci skarbie. I wam też pysiaki! - po kolei ucałował Sebastiana, Jagnę a także Iwonę(tutaj było bardzo romantycznie) a także uścisnął prawicę Szymona. - Dzięki Szymek, fajny z ciebie kibic. Odkujemy się na Podpromiu.
    - No pewnie!- podskoczył Sebastian. - Mistrz, mistrz Resovia!

    Chwilę później Krzysztof zniknął w szatni gości, Iwona zaś poszła porozmawiać z Dagmarą Winiarską i Pauliną Wlazły. Jagna nie miała ochoty na rozmowy, cały czas dręczył ją widok Andrzeja i piski rozemocjonowanej Sandrusi. Mogła przed rodziną, Szymkiem i Marian udawać, że głupota Wroniastego jest jej obojętna i jakoś przebolała to samoistne rozstanie, ale sama przed sobą udawać nie musiała. Kochała największego idiotę w Polsce i nie potrafiła nic z tym zrobić. W dodatku oprócz morderstwa miała także chęć rzucić się w jego szerokie ramiona i czule pogodzić. Jednakże duma Ignaczaków nie pozwoliła jej wyciągnąć ręki do pojednania z ojcem własnych nienarodzonych jeszcze dzieci.  No właśnie...dzieci!  Ędrju przez swoje cyrki i to, że aktualnie ze sobą nie gadają nie był poinformowany co do stanu faktycznego ich przyszłego potomstwa. Musiała mu to w końcu powiedzieć, ale jak rozmawiać z takim tukanem? Hormony szalały w niej jak bąbelki w szampanie i konwersacja niechybnie skończyłaby się seksem lub co gorsze awanturą na noże a jednego i drugiego wolała unikać. 
    Szymon, chociaż posiadał wiedzę o stanie błogosławionym Jagny to aż do meczu Sovii ze Skrą nie wiedział kto jest tajemniczym idiotą, któremu urocza sąsiadka urodzi bliźnięta. Z racji wykonywanego zawodu raczej nie przesiadywał w internecie a już zwłaszcza nie czytywał portali typu ptysie.net i radośnie nie zdawał sobie sprawy, że partnerem Jagny był środkowy Skry- Andrzej Wrona. Po dzisiejszych moderczych spojrzeniach, które rzucał w niego "bełchatowianin" nie miał najmniejszej wątpliwości, iż  jest śmiertelnie zazdrosny o pannę Ignaczak. Z drugiej zaś strony był ten pustostan na trybunie kibiców Skry, który wykrzykiwał pod adresem Wrony komplementy i posyłał mu całuski na zmianę z robieniem dzióbków i sweetfoci z ręki a także wymianą ploteczek z koleżanką.
    Naprawdę w całym swoim trzydziestoletnim życiu Szymon nie widział większego kretyna niż Wrona, bo on nigdy nie zamieniłby sympatycznej i ślicznej Jagny na tą rozświergotaną paniusię. Nie chodziło tutaj nawet o różowy sweterek, starannie wyszpachlowaną facjatę, której zapewne nieskalała racjonalna myśl, ani też o tlenione włosy ale o ogólne wrażenie. Wrona chyba nie był do końca zdrowy.

    Tymczasem Andrzej szalał pod prysznicem ciskając się w kabinie tak, że rozwalił słuchawkę od prysznica a potem jeszcze wylał cały żel pod prysznic. Sąsiadujący z nim Facu Conte zaklął szpetnie po hiszpańsku, gdy pusta butelka po żelu trafiła go w głowę.
    - Hijo de puta! Kurrrrwa!- zawył. - Który debil rzuca we mnie szamponem!
    - Jakim szamponem?- słychać było z głębi pomieszczenia. - Szampon już się wypachnił i poleciał do żony. - zażartował Winiar.
    - Winiar to ty?! - zasyczał Facu.
    - A skąd! - odpowiedział mu Michał. - To pewnie nasz Mistrz Wu się ciska. Igła podstawił mu nogę to się teraz wyżywa na przyborach toaletowych.
    - Macie jakiś problem?!- doszedł ich głos Andrzeja.
    - My?!- odkrzyknęli unisono.
    - Wy!- mruknął.
    - Dajcie mu spokój. - do rozmowy włączył się Kłos. - On przeżywa ból duszy!
    - Chyba ból dupy...- podsumował Winiar. - Jak się ogarnie życiowo i przestanie gwiazdorzyć to mu przejdą wszystkie boleści.
    - Ja tutaj cały czas jestem!- mruknął Wroniasty. - Możecie przestać omawiać moje życie prywatne na forum publicznym?
    - Odezwał się ten co robi striptiz przy zapalonym świetle a potem jego focie lądują w internecie i przez aferę zamykają moje ulubione ptysiulki! I gdzie złotowłosa ma teraz publikować? - rechotał Kłos.
     - Nigdzie spokoju - warknął Andrzej, wciągając na grzbiet koszulkę. - Sami, kurwa, moraliści!
 Wystrzelił z szatni jak wyrzucony z procy i popędził korytarzami do wyjścia. Po czym stanął jak wryty, bo nieomal wpadł na Jagnę, stojącą samotnie przy drzwiach. Szymon przepadł wraz z Igłą w okolicach szatni Resovii, Iwona poszła już z dziećmi do samochodu, a Jagna, wiedziona jakimś dziwnym niezdecydowaniem postanowiła poczekać na dwóch zaginionych przy wyjściu.
 Teraz patrzyła szeroko otwartymi oczyma na Wronę, stojącego jak słup w przejściu, z czupryną jeszcze wilgotną i sterczącą na wszystkie strony. 
     - No co? - zapytała. Miało to zabrzmieć bojowo, lecz zamiast tego brzmiało dziwnie miękko.
 Andrzej poczuł, że gdzieś w jego jestestwie wzbiera wielka, niepowstrzymana fala żaru. Jagna, jego Jagienka... 
     - Jaguś ja... - zaczął nieporadnie. - Chciałem ci coś powiedzieć.
 W duszy Jagny piknęła nadzieja. Tak, Wrona był cymbałem, ale był też świetnym facetem, a ona tego faceta kochała. Może nie wszystko było jeszcze stracone?
     - Tak? - zapytała.
     - Bo ty... Chciałem... - podszedł do niej i uniósł dłoń, jakby chciał dotknąć jej policzka. Zamiast tego jego palce musnęły tylko powietrze nad jej skórą. - Jesteś...
 Spojrzała w jego oczy. Przysięgłaby, że malowała się w nich tęsknota i... 
 Miłość?
 Kłąb zmieszanych emocji przetoczył się przez umysł Andrzeja, plącząc mu język na dobre.
     - Jestem kretynem i tego... Jaguś... - motał się.
     - Andrzejku? O jesteś, jak dobrze! - głos Sandrusi wzbił się nieco zgrzytliwym crescendo w pustym korytarzu. - Obiecałeś mi kolację, pamiętasz?
 Nadzieja sklęsła w duszy Jagny niczym stygnący suflet.
     - Tak, jesteś kretynem - rzekła Ignaczakówna wrogo. - Do widzenia.
 Andrzej został z uniesioną dłonią, sluchając trzasku drzwi, zamykających się za Jagną.
     - Andrzej idziesz? - ponagliła Sandrusia. - Znam taką fajną knajpę...
     - Ta, jasne - mruknął. Nienawidził jej w tym momencie. Nienawidził całego świata, ze sobą na czele.
 Oprócz Jagny.



___________________________________________________________________
Sprężamy się, sprężynujemy i w tym tygodniu nadrabiamy braki w pisaniu. Czy już wspominałam, że powoli żegnamy się z opkiem? Nic się w tej kwestii nie zmieniło! Życzymy miłego czytania! :)
                                                                      Fiolka&Martina :) 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Rozdział XXI - Mówiłam ci, Jaguś to w "Chłopach" była i miała dupę jak szafa!



    Mieszkanie Jagny zawalone było pudłami i kartonami. Niektóre wypełniono w całości, lub częściowo rozmaitymi przedmiotami, inne zaś, ku dzikiej radości Dantego, stały zupełnie puste. Rudy kocur biegał dookoła jak maniak, wskakując do pudła, by zaraz z niego wyskoczyć i ze spojrzeniem szaleńca pogalopować do następnego.
     - Książki byś lepiej nosił, a nie - pouczył Igła, wyrzucając go z kartonu, do którego pakował zawartość biblioteczki Jagny. - O, widzisz, encyklopedia jeszcze na półce stoi, skocz i przynieś!
 Dante popatrzył na niego jak na kosmitę, mrauknął i popędził jak strzała przez pokój, by wylądować z hukiem w pustym kartonie. Jagna, siedząca na kanapie, podniosła oczy znad walizki i wybuchnęła śmiechem.
     - Szafę też ma przenieść? - zapytała.
     - Lodówkę - odparł Krzysiek. Zdjął z półki kolejne tomy. - Na pewno chętnie się nią zaopiekuje.
     - No zawartością zwłaszcza - parsknęła Jagna.
 Igła popatrzył na kuzynkę z wahaniem, po czym podrapał się po nosie nieco sfatygowanym egzemplarzem Muminków. 
     - Tego... Jaguś, ty się jakoś trzymasz? - zapytał ostrożnie.
     - Mówiłam ci, Jaguś to w "Chłopach" była i miała dupę jak szafa - Jagna zamknęła walizkę z trzaskiem, zestawiła na podłogę i przyciągnęła do siebie następną. - Pewnie, że się trzymam, co mam się nie trzymać?
     - Bo ten, wiesz, no - zaplątał się Igła. - Andrzej cię zostawił i w ogóle...
 Jagna przerwała patroszenie szafy i spojrzała na Krzyśka z irytacją.
     - Na razie nikt tu jeszcze nikogo nie zostawił - odparła. - To ja zarządziłam przerwę, dopóki nie wrócą mu funkcje mózgowe. Poza tym wybacz, mam na głowie przeprowadzkę, sprawy zawodowe i przyszłe macierzyństwo. Nie mam czasu na zajmowanie się cymbałami bez mózgu, a za to z przerośniętym ego.
     - Słusznie - zgodził się skwapliwie Igła. - Myśmy mu próbowali tłumaczyć, że jest debilem. Ja z nim gadałem, Misza, Buszu nawet, Możdżon, w końcu nawet Stefan mu zasunął gadkę pedagogiczną.
     - I co?
 Przez chwilę panowała cisza, zakłócana przez mrauknięcia Dantego, który wywrócił karton do góry nogami i siedząc pod nim udawał, że jest żółwiem.
     - On jest z teflonu chyba - mruknął Krzysztof. - Spłynęło po nim wszystko.
Jagna spojrzała na kuzyna z ledwie tłumionym bólem w oczach, który mogło wyczytać tylko wytrawne oko kogoś kto bardzo dobrze ją znał.
    A tym kimś na pewno był jej jedyny i ukochany kuzyn jakim mienił się Igła. Nawet on i jego genialne plany były w tej sytuacji zbędne i można nimi rąbąć się  jak tyłkiem o kant stołu. Andrzej okopał się w swojej głupocie niczym w legendarnym Rudym 102 i absolutnie nie dopuszczał do siebie żadnej racjonalnej myśli. Nawet Karol, który widywał się z nim niemalże codziennie nie potrafił dotrzeć do niego i przemówić do rozumu.
    - Muszę to jakoś przełknąć. - Jagna wybiła Krzyśka z rozmyślań o beznadziei w której tkwił związek jej i Andrzeja. - Na szczęście nie jestem z tym wszystkim sama, wiesz że dzwoniła do mnie mama Wrony?
    - Tak?
    - Dowiedziała się o ciąży i proponowała spotkanie. Podobno kontaktowała się z rodzicami i ojciec wygrażał, że wyrwie Wronie wszystkie nastroszone piórka. - mruknęła. - Ciekawe skąd tatuś wiedział o wszystkich szczegółach?- wbiła w kuzyna ostre a zarazem pytające spojrzenie.
    Ignaczak zapłonął krwistym rumieńcem mimochodem cofając się do tyłu i potrącając karton z siedzącym w środku Dante. Wystraszony kocur pognał do przedpokoju niczym ruda błyskawica, drapiąc pazurami po panelach.
    - No ten tego ja mu powiedziałem...- migał się Ignaczak. - Nie wiesz jak mnie z ojcem maglowali!
    - Zakuli cię w dyby i podpalali stopy rozgrzanym metalem?- zapytała uprzejmie.
    - Jakbyś tam była!- rzekł Igła. - Twój ojciec chciał wyrywać Wronie skrzydła, ale nie wiesz jak się wkurzył mój! Zna Andrzejka i powiedział, że jak mu się tylko nawinie pod rękę to tak go huknie że mu pokolenie odjedzie.
Jagna westchnęła boleśnie.
    - Dajcie spokój. Przeżywacie to gorzej niż matrony w meksykańskiej telenoweli. Dobrze, że odwaliło mu we wczesnym stadium związku a nie po kilku latach małżeństwa.
    - Wczesnym?- eksplodował Igła patrząc na jeszcze płaski brzuch kuzynki. - Ja bym powiedział, że mleko się rozlało i nie ma kto tego sprzątnąć!
    - Nie mów o moich dzieciach jakby to było mleko...- Jagna nieopatrznie wyjawiła wścibskiemu Krzyśkowi to, czego dowiedziała się kilka dni temu. Chciała to jeszcze przez jakiś czas utrzymać w tajemnicy i bądź co bądź najpierw powiedzieć Andrzejowi o tym, że urodzą im się bliźniaki. Sama była zaskoczona i wstrząśnięta i przez jakiś czas rozważała mord na Wronie ale w gruncie rzeczy nie była to do końca jego wina.
     - Dzieciach? - Igła potknął się i z rozmachem usiadł w pustym kartonie. - Cholera! Ale że jak to dzieciach?
     - Bliźniaki - odparła Jagna zwięźle.
     - Łorany - Krzysiek wydłubał się z pudła, a jego okrągłe oczy zrobiły się jeszcze okrąglejsze. - A czekaj, miszcz świata wie?
      - Dowie się, gdy raczy do mnie zadzwonić - głos Jagny ociekał jadem.

     Nieświadom tego wszystkiego miszcz nudził się przeraźliwie w Bełchatowie. Odkąd opromieniło go złoto, miłe dotąd miasteczko stało się stanowczo zbyt ciasne i zbyt prowincjonalne jak na wymagania Andrzeja Wrony. A wymagania te wzrosły tak, że z trudem zaspokajała je nawet Łódź. Do tego betonowa do tej pory przyjaźń Wrony z Kłosem zaczęła się jakby kruszyć, a Karollo coraz częściej wybierał towarzystwo innych chłopaków ze Skry, tak, że Wrona spędzał wolne chwile sam, nudząc się jak mops i łażąc po instagramie.
     Dlatego gdy odezwał się do niego po dłuższej przerwie Lewy, zapraszając go do Monachium, Andrzej nie wahał się ani chwili i gdy nadarzyło się kilka wolnych dni wsiadł w samolot, lecący do stolicy Bawarii.
     Następnego dnia po przylocie Robert zaprosił go na obiad, który gotowała osobiście i własnymi rękami jego żona, Anna. Jeśli Wrona liczył, że sobie podje, musiał się srodze zawieść. Ania zaserwowała bowiem mus z pomidorów, w miseczkach o rozmiarach filiżanki, na drugie zaś jakies dziwne coś z jarzyn i puree z kartofli, w ilości homeopatycznej, wyglądające i smakujące całkiem jak klej do tapet. Po tym posiłku w brzuchu Andrzeja, sportowca, nie nawykłego do objadania się, burczało jak w zasiedlonej przez smoka jaskini, tymczasem Lewy pochłaniał wszystkie dania z zapałem, chwaląc ogniście ich smak. Wrona przez chwilę się dziwił, potem jednak przypomniał sobie, że Anka trenuje karate i może nie należy jej podpadać.
    - I jak smakowało?- zapytała gospodyni wnosząc na tacy filiżanki z kawą.
Andrzej spojrzał na nią miną zbitego spaniela.
    - Wszystko było przepyszne. - ledwie wydusił a potężne burknięcie w żołądku przeczyło jego słowom.
Pani Lewandowska nie usłyszała jednak buntu wnętrzności mistrza, stawiając na stoliku kawę(śmierdziała ziemią) i herbatniki wyglądające jakby ktoś je wyżuł, wypluł a potem z tego uformował na nowo i zapiekł.
Ostatnim wysiłkiem woli Wrona przeżuł owo bezglutenowe paskudztwo zapijając śmierdzącą lurą.
"Mięsa! Kofeiny! " - zawył w myślach.
    Na szczęście po obiedzie Anka pobiegła odpisywać na maile swoich fanek a Robert udał się na zgrupowanie przedmeczowe, Wrona zaś zadekował się w hotelu. Nie miał ochoty zostawać u Lewandowskich aż do jutra wieczora. Umarłby z głodu zanim obejrzał mecz.
    Jakoś wydostał się z Grunwaldu(zamożna miejscówka pod Monachium) jadąc wprost do centrum stolicy Bawarii, by tam skonsumować porządnego sznycla z solidną porcją pieczonych ziemniaków i górą surówki.    Wszystko to popił ciemnym, bawarskim piwem a na deser zjadł strucel z jabłkami. Dopiero wtedy poczuł jak wracają mu siły witalne i mógł nawet strzelić sobie selfie!

    W połowie drugiego kufla piwa, tym razem miejscowego lagera, doszedł do wniosku, że nie ma ochoty strzelać tego selfiaczka tak zupełnie solo. Niech świat wie, że Miszcz się dobrze bawi w Bawarii. 
 Namierzenie miejscowej piękności, w bawarskim stroju, uwypuklającym wszelkie atuty kobiecej sylwetki nie stanowiło problemu. Dziewczę miało atuty niemałe, zwłaszcza te przednie, rozsadzające niemal aksamitny stanik i kraciastą koszulę pod nim. Wrona wyszczerzył się nad kuflem, zastrzygł brwią. Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem. Zachęcony tym Andrzej przystapił do ataku frontalnego i przysiadł się wraz ze swoim kuflem do dziewczęcia.
     Pół godziny później selfiacz, prezentujący Wronę, z uśmiechem pijanego orangutana, przytulonego do biuściastego dziewczęcia, które wydymalo usteczka w kusicielski dzióbek poszedł w świat.
     Podczas gdy Andrzej Wrona robił z siebie ciężkiego półgłówka, Jagna Ignaczak zakończyła właśnie przeprowadzkę. Kartony wniósł Igła, wraz z jakimś zwerbowanym naprędce znajomym, zabraniając Jagnie stanowczo nosić rzeczy cięższe niż dziesięć deko.
     - Krzysiek, opanuj się, własnej torebki nie będę mogła nieść! - prychnęła z irytacją.
     - Nie wnoś, Pawełek wniesie, jak już zataszczy ten karton z garami.
 Pawełek stęknął coś nieartykułowanego zza wielkiego pudła, którym był objuczony, po czym zniknął na klatce schodowej. 
 Ignorując kuzyna, zmagającego się właśnie z kartonem książek, Jagna wyciągnęła ostrożnie z samochodu walizkę na kółkach i powlekła za sobą do środka.
     - Chyba nie będziesz tego niosła po schodach? - zapytał ze zgrozą Igła, slalomując za nią, pudło bowiem zasłaniało mu nieco pole widzenia.
     - Igła na litość boską! - jęknęła. - Tu jest winda, widzisz? Wsiadam do niej! Niczego nie niosę po schodach!
     - Winda? - jęknął Krzysztof, wchodząc za Jagną do kabiny. - To dlaczego ja noszę te ciężary po schodach?
     - W ramach treningu siłowego - podpowiedziała Jagna uczynnie. Kuzyn spojrzał na nią spojrzeniem zranionej sarenki.
 Wreszcie wszystkie kartony zostały złożone na środku salonu, walizki zaś w sypialni. Pomoc przy rozpakowywaniu Jagna odrzuciła stanowczo, dziękując panom wylewnie i wysyłając ich do wszystkich diabłów. Wypuściła z klatki śmiertelnie obrażonego Dantego, który szorując brzuchem po ziemi udał się do sypialni, strzelić focha pod łóżkiem.
     - Cholera - uświadomiła sobie Jagna. - Nie mam dla ciebie żarcia!
 Spojrzała na zegarek, uświadomiła sobie, że pobliski supermarket powinien być jeszcze otwarty, chwyciła dopiero co zdjętą kurtkę i wypadła za drzwi.
     W supermarkecie na szczęście mieli karmę, którą raczył jadać Dante, tak więc Jagna wracała z pięcioma saszetkami w reklamówce, żałując jednak, że nie dokupiła sobie latarki. Przejście między blokami było jakieś takie ciemnawe i kojarzące się z japońskimi horrorami, do tego wiatr wył w koronach drzew i zrobiło się ogólnie strasznie.
 Przyspieszyła kroku, chcąc jak najprędzej znaleźć się w świetle latarń. Była już na rogu swego bloku, tuż koło śmietników, gdy coś nagle zabrzęczało przeraźliwie. Spomiędzy kontenerów ze śmieciami rozległ się soczysty bluzg, wypowiedziany głosem niewątpliwie męskim.
     Z sercem podchodzącym do gardła Jagna maszerowała ku zbawczym drzwiom klatki, usiłując nie dać się ponieść tej jakże bezsensownej panice, która tarmosiła ją za wnętrzności. Kroki, rozlegające się za jej plecami nie poprawiały sytuacji. Typ ze śmietnika najwyraźniej ją śledził.
 Zboczeniec!
     Włosy Jagny zjeżyły się pod czapką. Drżącą, spoconą ze strachu dłonią, szarpnęła drzwi na klatkę i dopiero gdy nie ustapiły, przypomniała sobie o kluczu. Wyszarpnęła go z kieszeni spodni wraz ze zużytą chusteczką i paroma nitkami, wsadziła do dziurki, trafiając już za drugim razem i przekręciła.
 Kroki zbliżały się coraz bardziej.
 Szarpnęła ciężkie skrzydło drzwiowe i już miała się schronić w bezpiecznym wnętrzu klatki, gdy na jej ramię opadła ciężka dłoń.
    - Będę wrzeszczeć! - oznajmiła Jagna z zaciętością, odwracając się.
     - Nie! Kota mi pani przestraszy! - zaprotestował zboczeniec.
 Kota?
     Jagna ochłonęła nieco i przyjrzała się facetowi. Był wysoki, przystojny, ciemnowłosy, oczy miał czekoladowe, o wejrzeniu łagodnym, nie morderczym, na rękach zaś trzymał małą, czarną, zmierzwioną kulę, z której wystawała para wielkich uszu i ogon jak szczotka do butelek.
     - Ktoś go wyrzucił do śmietnika - wyjaśnił domniemany perwers. - Znalazłem go, gdy wyrzucałem     śmieci, ale ja się wcale nie znam na kotach. 
     - Nie? - zdziwiła się słabo Jagna.
     - Nie - odparł mężczyzna. - Miałem tylko psa, rottweilera, ale umarł na serce. A o kotach nie mam pojęcia, ale pani ma przecież.
     - Mam? - Ignaczakówna otępiała nieco z nadmiaru ulgi.
     - No przecież niesie pani kocią karmę - uśmiechnął się mężczyzna rozbrajająco. - I widziałem dzisiaj, niosła pani takiego pięknego rudego kocura w klatce. I w ogóle pani wybaczy jestem idiotą. To znaczy jestem pani sąsiadem z naprzeciwka. Szymon.
    - Jagna - uścisnęła z ulgą jego prawicę. - Troszkę mnie pan przestraszył. Ale nie stójmy może jak idioci w tym przejściu...?
    - Racja! - sumitował się Szymon. - Poza tym trzeba coś zrobić z tym czarnym nieszczęściem. - czarne nieszczęście jak nazwał je sąsiad Jagny spojrzało na nią bursztynowymi ślepkami pełnymi lęku. Zupełnie jak Dante, gdy brała go ze schroniska jako małą kulkę.
    - Chodźmy do mnie spróbujemy coś z nią zrobić. - Ignaczakówna szybko podjęła decyzję zmierzając w stronę bloku. 
    Nowo poznany Szymon szedł zaraz za nią tuląc do kurtki swoje znalezisko. W mieszkaniu Jagny, zawalonym pudłami i kartonami powitał ich wystraszony Dante miaucząc przeraźliwie, jakby konał z głodu od wielu tygodni.
    Czarna, włochata kulka na rękach Szymona spojrzawszy na kocura zjeżyła się i ofuczała zdezorientowanego rudzielca.  Zdezorientowany milusiński Jagny zjeżył się także, uciekając w panicznym galopie pod stół w kuchni.
    Tymczasem ich państwo błyskawicznie zadzierzgnęli nić porozumienia, zasiadając przy kawie oraz herbacie. Szymon okazał się człowiekiem bystrym, inteligentnym i obdarzonym poczuciem humoru, Jagna doznała zatem ulgi, że nie musi tłumaczyć jak sołtys krowie na miedzy, a za to może mówić jak do normalnej jednostki ludzkiej. Kota - znajdę nakarmiła połową saszetki przeznaczonej dla Dantego, Szymonowi zaś zreferowała pokrótce co powinien nabyć, jak żywić młodocianego futrzaka i jak się nim opiekować, on zaś słuchał, przerywając niekiedy pytaniami, świadczącymi o tym, że pragnie zapoznać się jak najdokładniej z instrukcją obsługi kota.
      - Wyjaśniłaś wszystko tak, że nie mam już więcej pytań - rzekł, gdy zakończyła wykład. - No, może jedno. Znasz tu dobrego weta? Mój długoletni lekarz, znaczy nie mój, tylko mojego psa, przeszedł na emeryturę, a nie chcę robić z tego stwora  królika doświadczalnego - wskazał na kociaka, wylizującego miskę Dantego, co jej właściciela napawało najwyższym obrzydzeniem. 
     - Jasne, że znam - odparła Jagna. - Czekaj, gdzieś tu mam wizytówkę... 
 W ten sposób Szymon i stwór opuścili mieszkanie Jagny pokrzepieni na ciele i duchu, wyposażeni także w namiary na lekarza weterynarii oraz niewielką porcję żwirku do kuwety. Stosowny pojemnik Szymon posiadał u siebie.
     Chociaż sąsiad wydawał się Jagnie sympatyczny, nie pozwoliła zboczyć rozmowie na tory bardziej osobiste i nie związane z kotami. Miała dostatecznie porąbane życie osobiste, stwierdziła ponuro, patrząc na zamykające się za sąsiadem drzwi, żeby nie mieć ochoty komplikować go jeszcze bardziej. Poza tym, pomyślała jeszcze bardziej ponuro, kochała jednak tego cymbała, Wronę.
 Następnego dnia jednak, gdy wróciła z pracy, zastała przed drzwiami elegancką paczkę, zawierającą małe opakowanie kociego żwirku, saszetkę karmy, a zdobną w wielką kokardę i mały liścik. 
     - Dziękujemy, Buba i Szymon - przeczytała na głos.
 Oczywiście nie mogła zostawić tego miłego, sąsiedzkiego gestu bez odpowiedzi, co skończyło się kolejną długą pogawędką z Szymonem, tym razem nie trzymającą się tak ściśle tematów kocich. Okazało się, że sąsiad jest strażakiem, przy tym wielkim miłośnikiem fantasy. Utrzymywał on, że do wyboru takiego a nie innego zawodu zainspirowały go ogniste wyczyny Smauga w "Hobbicie" Tolkiena. 
     A ponieważ gadało się z nim tak miło, poza tym wciąż potrzebował rad, dotyczących kota, tak jakoś wyszło, że wpadł do niej dnia następnego, trafiając akurat na Igłę, sprawdzającego jak sobie radzi jego kuzynka.
     - Ty, co to za fagas? - zapytał Krzysztof nieufnie, wyciągnąwszy Jagnę do kuchni pod pretekstem robienia herbaty.
     - Mój sąsiad - odparła Jagna spokojnie. - Ma kota.
     - Znaczy psychol? - zaniepokoił się Igła.
     - Krzysiu, piłką w łeb na boisku oberwałeś? - zirytowała się Jagna. - To nie psychol, tylko strażak, znalazł kota na śmietniku i przychodzi do mnie się radzić. 
     - Tak platonicznie przychodzi? - Krzysztof był podejrzliwy. - No jakoś nie wierzę.
     - Ciebie pierwszego poproszę, jeśli trzeba mu będzie w mordę dać, ale na razie daj mu spokój - poprosiła Jagna. - Co ty myślisz, że ja teraz jakieś ekscesy mam w głowie?
     - No nie, ty nie - wyrwało się Igle.
     - A kto tak? - zdziwiła się Jagna.
     - Nie, ja nic przecież nie mówię - wyparł się Krzysztof. - Zapomnij i w ogóle. 
     - Coś kręcisz - orzekła Jagna.
     - Nic nie kręcę, a w ogóle to już lecę, do widzenia panu panie Szymonie, pa Jaguś, cześć pracy rodacy!
 I tyle go widzieli.
     Jagnę za to tknęło przeczucie. Czekając aż się zagotuje woda w czajniku wyciągnęła z kieszeni smartfona i weszła na instagrama Wrony. Pierwsze na co się natknęła to czułe komciuszki pod zdjęciami jakiejś Sandrusi, na oko obdarzonej większym numerem stanika niż ilorazem inteligencji, było też sporo durnych selfiaczy, ale ukoronowanie wszystkiego stanowiła słitfocia z jakąs cycatellą w stroju bawarskim.
     To ona tutaj łudzi się nadzieją, że ojciec jej nienarodzonych dziatek zechce zadzwonić, gdy tymczasem ten marnotrawny dawca plemników zarywa laski w internecie i maca je w realu. Co ona widziała w tym człowieku i gdzie właściwie podział się ten facet w którym się zakochała? I jak ma sobie poradzić z bliźniakami, skoro ich ojciec jest absolutnie nieodpowiedzialnym osobnikiem po lobotomii złotym medalem?
     Woda zagotowała się, czajnik prztyknął, a Jagna osunęła się na podłogę i wybuchła nieopanowanym szlochem. Łzy ciekły jej po twarzy dwiema nieprzerwanymi strugami, w nosie, coraz bardziej upodabniającym się barwą do pomidora bulgotało jak w gejzerze, piersią Jagny zaś wstrząsały spazmy. A ona ryczała, siedząc na kuchennej podłodze, z czołem wspartym o podciągnięte kolana i nie mogła przestać.
     - Proszę - rzekł nagle spokojny męski głos, podtykając jej papierowy ręcznik kuchenny. - Co się stało?
     - D-d-d-dramaaaaat! - zawyła Jagna. - Traaa-a-gediaaaa!
     - Jaka tragedia? - Szymon usiadł obok niej z rolką ręczników na podorędziu.
     - Je-jestem w ciąży - wychlipała Jagna. - A oj-o-ojcem tych dzieci jest kompletny kre-kretyn! I w do-do-dodatku ja go kooooochaaaam!



_________________________________________________________________
Dżingl bells dżingl bells wracamy po bardzo długiej obsuwie z nowym rozdziałem. 
A przy okazji życzymy Wam Wesołych Świąt! 

Na deserek melancholijny Miszcz z choinką w tle :D
                                                           Pozdrawiamy Fiolka&Martina :) 
 

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział XX - Wolę grabić mech na ścianie niż robić z siebie idiotę...


    Fale błękitnego kremu, zdobiące ciastko o wdzięcznej nazwie "Smerfetka", lśniły łagodnie w miękkim świetle wrześniowego popołudnia. Marian pogłaskała czule jedną z fal łyżeczką, po czym  westchnęła.
     - Ma kolor prawie jak oczy Zbysia - rzekła tkliwie.
 Jagna spojrzała na swoją, zwykle racjonalną i trzeźwą, przyjaciółkę znad filiżanki kawy bezkofeinowej, a w spojrzeniu tym osłupienie walczyło o lepsze ze zgrozą.
      - Co on ci zrobił? - zapytała. - Pranie mózgu?
 Marian zagarnęła łyżeczką pokaźną porcję smerfetki i wepchnęła sobie do ust.
     - Nihhh mi ne sobił - wyjaśniła, przełykając. - Po phostu...
     - Po prostu co? - drążyła Jagna. - Ja tu do ciebie z życiowym problemem przychodzę, a ty odpływasz nad ciastkiem, bo kremik przypomina kolorem oczy Zibiego. Kobieto, halo, mówię do ciebie! Ojciec mojego nienarodzonego dziecka zamienił się z chu..., penisem na głowy! Widziałaś co on wczoraj robił?!
     Podstawiła przyjaciółce tablet pod nos, nieomal strącając ze stolika swoją kawę. Siedziały w hotelowej kawiarni, podczas gdy panowie odpracowywali tournee po rozmaitych oficjelach, spragnionych uścisku dłoni z mistrzami świata.
     Marian oblizała łyżeczkę z resztek niebieskiego kremu i zajrzała w tablet, na którego ekranie widniało zdjęcie Wrony, rozdziewającego się przy hotelowym oknie.
     - Striptis robił - zauważyła. - Może nie zauważył tej lasi na dole.
     - Jakiej lasi, jakiej lasi? - zdenerwowała się Jagna. - Nie czytałaś artykułu na ptysiach? Tam całe stadko hotek stało! Machały do niego, a on się do nich prężył, bałwan jeden. Wiedział, że tam są! Wiedział!
 Zdenerwowana do nieprzytomności zgłąbowaceniem własnego narzeczonego Jagna chwyciła łyżeczkę, po czym kilkoma kęsami pochłonęła swój kawałek smerfetki.
     - Jest problem - mruknęła Marian, sięgając po kawę. Jej napój nie był bezkofeinowy, czymś takim bowiem nie plamiła warg, preferując espresso o mocy szatana. - Powiem Zbysiowi, żeby miał na swawolnego Jędrusia oko. Kto wie, co mu jeszcze odbije.
     - No właśnie - rzekła z goryczą Jagna. - Ma być ojcem, a cofnął się mentalnie do gimnazjum!

    Kilka godzin później Marian dała się porwać Zbyszkowi na wycieczkę do centrum Warszawy. Ruda nie wiedziała co dokładnie siatkarz chciał jej pokazać, gdyż nabrał wody w usta a jego mina przypominała lekko pokpiwający wyraz twarzy egipskiego Sfinksa.
Gdy taksówka zatrzymała się przy oszklonym apartamentowcu na ulicy Twardej, Zbigniew czym prędzej wysiadł z samochodu okrążając go i niczym przedwojenny galant otwierając przed góralką drzwi.
     - Panie przodem...- posłał Rudej firmowy uśmiech.
     - Co tutaj robimy? - zapytała oszołomiona. - To nowy apartamentowiec.
    - Chodź na górę to się przekonasz...- rzekł tajemniczo.
Przeszli w pośpiechu przez foyer wypełnione stylowymi obrazami, gdy zaś wsiedli do windy ta zabrała ich na jedno jedno z wyższych pięter budynku zaprojektowanego przez Helmuta Jahn'a.
    Bartman prowadził Marian przez korytarze wprost do pokoju numer dziewięć, za którego drzwiami czaiło się największe zaskoczenie dnia. Pomieszczenie przypominało połączenie dżungli amazońskiej ze sztuką abstrakcyjną. W centralnym miejscu salonu stał drewniany stół nad którym zawieszono lampę, wyglądem przypominającą poroże przy stole zaś stały wyglądające na drakońsko niewygodne taborety w kolorze zdechłej oliwki. Obok stołu piętrzyła się zgniło zielona ściana do której Zbigniew podprowadził oszołomioną Marian.
    - Podaj mi dłoń. - powiedział tajemniczo, prowadząc ją do zielonego szkaradztwa. Okazało się, że ściana była wykonana z naturalnego mchu, odżywiającego się pochłoniętą z powietrza wilgocią.
    Ruda czuła jak owładnia nią przypływ nieopanowanej głupawki, jej ramiona poczęły się niebezpiecznie trząść, zaraz potem wybuchła potężnym rechotem. Ze śmiechu aż się zatoczyła i byłaby upadła, gdyby na jej drodze nie znalazła się kanapa kształtem przypominająca gnijący placek z brokułów. Upadła nań zanosząc się śmiechem aż z jej oczu popłynęły łzy.
Po chwili zreflektowała się ocierając mokrą od płaczu twarz.
    - Co cię tak bawi? - zapytał zszokowany Zbigniew.
    - Zbysiu...kochany nie śmieje się z ciebie tylko z tego nieszczęsnego mchu. - Marian starła palcem wskazującym łzę z policzka.
    - A co w nim jest nie tak?
    - No bo mech w mieszkaniu? Co będziesz na nim hodował? Grzyby? Jagódki?
    - To imitacja mchu zaścielającego ściółkę leśną, nie będę tam nic hodował on jest naturalnie wilgotny.
    - Wilgotna jak ściółka leśna po deszczu to jest każda dziewczyna na twój widok, mój tygrysie. - zaśmiała się uwodzicielsko.
     - Rrrrrrrr! - odparł Zibi, porywając ją w ramiona i niosąc gdzieś w głąb apartamentu.
     - Co robisz, szalony? - zapytała Marian, głosem omdlewającym.
     - Będziemy się kochać w oceanie- Zibi, z Marian w ramionach wkroczył do sypialni, której ściany zdobila tapeta wycieniowana w kolory oceaniczne. 
     - Już kiedyś próbowałam - rzekła ruda trzeźwo. - Nawet nie miałam juz majtek ale skończyło się na poparzonym przez meduzę tyłku.
  Bartman spojrzał na wybrankę z niedowierzaniem.
     - Czy ty zawsze tak musisz? - zapytał.
     - Ale co? - zdziwiła się niewinnie Marian.
     - Gadać! - wybuchł Zbysio.
 Ruda uniosła w górę brew.
     - Nie potrafisz mnie uciszyć? Co z ciebie za fa...
 Nie dokończyła, gdyż w tym momencie Zibi zakneblował ją za pomocą długiego i bardzo namiętnego pocałunku.
     Gdy Ruda tonęła w oparach turboromansu z Bartmanem, jej przyjaciółka przeżywała chwile skondensowanej grozy, pomieszanej z furią. Na szczęście nie sama, lecz w towarzystwie Iwony, która wyrwawszy Igłę z paszczy mediów, postanowiła spędzić z nim wreszcie spokojny wieczór. Widząc zaś, że     Jagna jest sama i w dodatku sfrustrowana, Ignaczakowie stwierdzili, że nie można jej tak zostawić.
 Jagna była sama, albowiem płynący na fali medalowej popularności Andrzej wolał szczerzyć się do kamer, zamiast spędzać czas z narzeczoną. Program, w którym miał wystąpić był talk showem, zatytułowanym "Świat wciąż pędzi".
     Gdy prowadząca, Aga Mączarek, przedstawiła gości i kamera pokazała w zbliżeniu brodate i uśmiechnięte oblicze Wrony, Jagna wymamrotała coś niewyraźnego.
     - Co mówiłaś? - zapytał Igła.
     - Prawi komplementy Andrzejkowi - wyjaśniła Iwona.
 Program trwał, goście odpowiadali na pytania, w większości dość błahe i głupawe, a prawdziwa akcja wieczoru toczyła się niewerbalnie. Na krześle obok Wrony zasiadała mianowicie znana aktorka, niejaka       Hanna Trzmielik, przy czym to zasiadanie miało dość niebezpieczny wychył, wyraźnie skierowany na Andrzeja, podobnie jak powłóczyste spojrzenia, odrzucanie włosówi wydymanie usteczek, kórych to gestów gwiazda filmu nie szczędziła.
     - Jeszcze niech wystawi transparent treści " Taka jestem napalona, przeleć mnie, Andrzeju Wrona" - mruknął Igła.
 Jagna wydała z siebie nieartykułowany bulgot.
     - No mało jej do tego brakuje - oceniła Iwona.
     - A jemu jakoś mało przeszkadza - warknęła Jagna.
 Istotnie, Andrzej wydawał się zakłopotany bliskością aktorki całkiem tak samo, jak kot bliskością szynki.
     - Jest pan znany z tego, że łamie pan niewieście serca - zagaiła do niego Aga Mączarek. - Czy nie przeszkadza to panu i czy jest jakaś kobieta, która włada pańskim sercem?
     - Ani trochę mi nie przeszkadza - Wrona wyszczerzył się jak głodny aligator. - Zainteresowanie kibicek mną jako mężczyzną jest bardzo przyjemne.
 Trójka Ignaczaków przed telewizorem nastawiła uszy, czekając na ciąg dalszy wypowiedzi Wrony, ale w studio zapadła chwila ciszy.
     - Tak... A jakie są pańskie plany życiowe teraz, gdy zdobył pan mistrzostwo świata?
 Andrzej poprawił się na krześle, tymczasem panna Trzmielik od niechcenia oparła dłoń na jego udzie.
     - Przede wszystkim powrót do Bełchatowa i przygotowania do sezonu ligowego - odparł swobodnie. - Ale zanim to nastąpi planujemy też z Karolem Kłosem małą imprezkę dla fanów.
     Tom Camilli Lackberg w twardych oprawach, który Jagna czytała wcześniej dla uspokojenia, furknął teraz przez pokój, zmierzając w środek ekranu. Igła, było nie było fachowy libero, odbił nadlatującą lekturę w ostatniej chwili, ratując hotelowy odbiornik przed niechybną  dewastacją.
     - Mam dosyć - oznajmiła Jagna. - Idę spać. Gdyby wrócił ten cymbał, powiedzcie mu, że może się położyć na wycieraczce, w holu, albo pod mostem Poniatowskiego, mnie to nie obchodzi.

    Ten cymbał wrócił do hotelu późno w wyraźnie głupkowatym nastroju, chwiejąc się i zezując jakby wcielał się w postać Jacka Sparrowa. Miał szczerą ochotę wpaść do pokoju dzielonego z Jagną i zaśpiewać jej serenadę a być może nawet dwie. Mistrz Świata - Andrzej Wrona a może powinien walnąć sobie selfiaka i wrzucić na Insta?
     - Jestem mistrzem świata! - zakrzyknął w korytarzu po czym wleciał w wózek na ciuchy zostawiony przez obsługę.
Na swoje szczęście wszyscy spali snem sprawiedliwych i jedyną osobą, która go usłyszała był wracający z wywiadu Stephane.
    - Czgo tak krzikasz? - zapytał znużony.
    - Muszę się jakoś rozładować. - odpowiedział mu Wrona. - Jestem tak nabuzowany, nie zasnę!
    - Andżej ja bim na twoja miescu raczej trochię spasował.
    - Stefciu, Stefciu ciesz się póki mamy swoje pięć minut!- powiedziawszy to środkowy popląsał w stronę pokoju, odprowadzony zdegustowanym spojrzeniem trenera.
    Już jest po turnieju więc nie ma co się wtrącać w picie czy niepicie swoich podopiecznych, ale Wronie chyba istotnie coś odpierdzieliło. Prędzej spodziewał się tego po Zbigniewie, gdyż odkąd objął kadrę miał problemy z jego przerośniętym do rozmiaru lotniskowca ego, ale po turnieju Bartman przeszedł jakąś magiczną metamorfozę. Piorun w niego strzelił, spadł mu na głowę fortepian czy zdarzył się inny cud ale w końcu nie musiał wysłuchiwać sarkań wyższej instancji na zachowanie Zibiego. Ale nie może być chwili spokoju, gdyż to byłoby za piękne i jak jednemu gagatkowi wrócił zdrowy rozsądek to drugi zamienił się z pomylonym na rozumy. Ot, taki jest ciężki los trenera jak nie jedna to druga cholera. I nawet mu się to zrymowało.
Andrzej wsunął się do pokoju i już od progu zaczął śpiewać.
    - Przyszedł jo se łącke kosić słonko świeciło...- jęknął rzewnie.
Jagna zerwała się ze snu patrząc na pijanego Wronę.
    - Świeciło, świeciło i ci kurwa chyba dziurę w tym zakutym łbie przepaliło!- odpowiedziała wściekła.
    - Ale Jaguś...Ja nie chciałem ja musia...- nie dokończył gdyż dostał w twarz poduszką.
    - Chciałeś nie chciałeś ale musiałeś a mnie w tym momencie to nie interesuje. Możesz mieć przynajmniej tyle kultury i przestać mi tutaj wyć, bo chyba nie muszę ci przypominać która jest godzina?
    - Ależ skarbie no wywiad miałem!
Jagna spojrzała na wyświetlacz smartfona.
    - Ten zdurniały program jest przed siódmą a teraz mamy pierwszą! Zgubiłeś drogę? Ale zaraz, zaraz przecież ty jesteś Warszawiakiem? Znasz miasto!
    - No musiałem się napić, tego teraz ode mnie wymagają, muszę być miły!
    - Miły?- zapytała jadowicie Jagna. - Odniosłam inne wrażenie i dałabym tutaj inne bardziej pieszczotliwe słówko. Może puchaty i misiowaty?
    - Jagna nie rozmawiaj tak ze mną! Wiesz, że mam obowiązek latać po tych wszystkich telewizjach. Igła też był w tefałenach, porannych kawusiach i rozmowach na każdy temat i nikt mu nic nie wypomina.
    - Igła zachowuje się stosownie do wieku a nie jak pięcioletni chłopiec, który dostał nową zabawkę. W tej chwili nie chce mi się z tobą gadać!
     Wrona zrzucił z nóg obuwie, bez pomocy rąk. Jako że był wstawiony zabrakło mu wyczucia i jeden z jego sportowych butów, o rozmiarze średniego kajaka, świsnął Jagnie koło ucha, a potem łupnął w zagłówek łóżka.
     - Uważaj sobie! - Jagna odrzuciła mu obuwie, trafiając go w plecy.
     - Ej! - rzekł Andrzej z zaskoczeniem. - Hormony ciążowe na łeb ci padły?
Jego dziewczyna odpowiedziała mu takim spojrzeniem, że aż się odsunął.
     - Zamknij się i idź spać - oznajmiła sucho. - Porozmawiamy rano. A mamy o czym.
Rozmowa owa odbyła się po śniadaniu, przy którym Jagna nie zaszczyciła swojego, z nagła skretyniałego, wybranka nawet jednym spojrzeniem. Kiedy zaś weszli do pokoju, wyciągnęła z szafy swoją walizkę i zaczęła ją pakować, z mina zaciętą i srogą. Wrona nie mógł się oprzeć i zajrzał do lustra.
     - Mieliśmy pogadać - zasugerował, modelując w skupieniu grzywkę.
     - A nie jesteś zbyt zajęty podziwianiem samego siebie? - odparła kąśliwie Jagna.
Andrzej oderwał się od zabiegów fryzjerskich i spojrzał na nią z wyrzutem.
     - Znowu się mnie czepiasz - zauważył.
     - Bo mam o co - oznajmiła Jagna, trzaskając wiekiem walizki. - Zachowujesz się ostatnio jak skończony palant.
     - Przesadzasz - wzruszył ramionami.
     - Doprawdy? - założyła ręce na piersi, przeszywając go spojrzeniem. - Prężysz się półgoły przed fankami, w telewizji dajesz się obmacywać jakiejś zdzirze, zapominasz wspomnieć, że masz narzeczoną, a potem wracasz do mnie, narąbany jak meserszmit. O twojej działalności na instagramie i fejsie już nie wspomnę, bo mnie krew zalewa!
     - To już nawet nie mogę się cieszyć z tego, że zdobyłem mistrzostwo? - wybuchł Andrzej. - Czy może, nie wiem, popularności mi zazdrościsz?!
     - Wrona...-rzekła Jagna z rezygnacją. - Myślę,że w tej sytuacji powinieneś wracać do Bełchatowa.
     - Ale, że co rzucasz mnie znowu? Przypominam ci,że jesteś ze mną w ciąży.
     - Właśnie. Będę matką, a mam wrażenie, że już nią jestem, w dodatku przerośniętego faceta o mentalności gimbazy. Nie rzucam cię, to ty rzuciłeś mnie dla blasku fleszy i imprez. Ja nie chcę dla siebie i naszego dziecka życia pod ciągłą obserwacją twoich fanek, ptysi i teleobiektywów. Dlatego zostaję w Rzeszowie.
     - Z dzieckiem w tej klitce?
     - Przeprowadzam się do większego mieszkania.
     - Jagna znowu robisz z naszego zwiazku melodramat...
     - Ty już zrobiłeś z niego komedię. Kocham cię, Andrzej, ale dopóki nie dorośniesz i nie zdecydujesz co jest dla ciebie naprawdę ważne, nic z tego nie będzie. Jadę z Krzyśkiem. Zadzwoń do mnie, gdy ci rozum wróci.
     To rzekłszy Jagna wysunęła rączkę walizki z głośnym kłapnięciem, po czym z godnością i hurgotem ciągniętej walizki na kółkach opuściła pokój. Andrzej obserwował jej wyjście bez słowa i z miną wiejskiego głupka.
     A to był dopiero początek paskudnego dnia, zaraz bowiem po odmarszu Jagny do Ignaczaków Wrona wpadł w windzie na Zibiego. Zbigniew, diablo niewyspany po turboromantycznej nocy z Marian, wpadł do hotelu rozmówić się jeszcze ze Stefanem i kiedy już wychodził, w ślad za nim do windy wpakował się ten półgłówek, boski Ędrju.
     Panowie przez chwilę obserwowali się wzajem, z nieskrywaną niechęcią. Zibi najchętniej w ogóle by się nie odzywał, ale ciążyła na nim obietnica, złożona tycjanowskiemu aniołowi. Byłby chamem, świnią i prochem marnym u jej stóp, gdyby nie dotrzymał danego słowa. Wrona również nie miał ochoty na konwersacje z działającym mu na nerwy Bartmanem, więc po wymianie spojrzeń stanął plecami do niego, udając, że dłubie w telefonie.
     - Wrona, ty chyba strasznie chcesz spierdolić związek z Jagną - rzekł Zibi sarkastycznie. - Jeszcze trochę i ci się uda, bo zachowujesz się jak niedojrzały cymbał.
Andrzej odwrócił się tak gwałtownie, że jego grzywka, kunsztownie zaczesana w falę, straciła całą formę i opadła mu na oczy.
     - Nie masz nic lepszego do roboty? - odparł, a głos jego ociekał jadowitą furią. - Na przykład grabki se weź i mech na ścianie pograb, albo co?
     - Wolę grabić mech na ścianie niż robić z siebie idiotę, prężąc gołą klatę w oknie, żeby faneczki se mogły pooglądać - oznajmił Zbyszek z godnością. - Wrona, weź koło, pierdolnij się w czoło, zakąś snickersem i wróć do rzeczywistości, dobrze ci radzę.
Andrzej wyciągnął palec i wymierzył go w czubek zbysiowego nosa.
     - Odpierdol się ode mnie ze swoimi radami - warknął. - Mój związek, to nie twój zasrany interes, jasne?
     - Zrobisz co chcesz - odparł Zibi, wzruszając ramionami. - Ale nie mów, że cię nie ostrzegałem.
     - W dupie mam twoje ostrzeżenia - palec Wrony dźgnął ponownie powietrze przed nosem Zbigniewa.
Drzwi windy otworzyły się z cichym brzęknięciem. Andrzej wyszedł, nerwowo poprawiając grzywkę, tymczasem Zibi spojrzał w ślad za nim, parsknął wzgardliwie i schował ręce do kieszeni.
      Ten kretyn jeszcze nie wie, skonstatował, opuszczając kabinę, jak to jest, gdy sodówka uderza do łba i ile można wtedy stracić. Zibi mógłby mu coś o tym powiedzieć, z własnego doświadczenia, ale skoro Wrona woli się uczyć na własnych błędach...

     Tak oto Andrzej pojechał do Bełchatowa w towarzystwie jedynie Karola Kłosa, a Jagna wróciła do Rzeszowa, wściekła tak, że najchętniej zamieniłaby się w Godzillę i zburzyła Manhattan. Albo most Golden Gate w San Francisco, wszystko jedno.
     Humoru nie poprawiał jej fakt, że Marian gruchała nieustannie przez telefon z Bartmanem, pędząc do Warszawy kiedy tylko mogła, podczas gdy Wrona, ojciec nienarodzonego dziecka Jagny, najzwyczajniej strzelił focha i postanowił się w ogóle nie odzywać.
     Wiadomość o kryzysie w związku Jagny i Andrzeja jakimś cudem dotarła do Ptysiów.net, które niezwłocznie walnęły na ten temat wielki artykuł, pełen najróżniejszych spekulacji. Andrzej nie skomentował tych wypocin nawet słowem, natomiast Jagnę trafił szlag tak monumentalny, że aż poszczuła serwis najbardziej wściekłym prawnikiem jakiego mogła znaleźć, doprowadzając do czasowego zamknięcia Ptysiów.net.
     Tymczasem świat siatkówki otrząsnął się z postmundialowych emocji i zaczął się przygotowywać do sezonu ligowego. ZAKSA Kędzierzyn Koźle i Skra Bełchatów stoczyły mecz o Superpuchar, wygrany przez Bełchatowian, czyli ekipę Wrony, przy czym decydujący punkt przybił niezawodny i niezniszczalny Mariusz Wlazły. A skoro był puchar, to zdaniem tandemu wyborowego Kłos-Wrona, musiał być melanż. I to nie byle jaki, bo panowie zalegali też z czczeniem mistrzostwa świata.
     Biba Andrzeja i Karolla, "Piękni i Bąbelkowi", dla jednych trwała do późnych godzin nocnych, dla i drugich do wczesnych rannych.
      Jako pierwszy zmył się trener Antiga, żegnając się z ekipą ze złotego VIProomu zlepkiem polskich i francuskich wyrazów. Następny wytoczył się jeden ze współgospodarzy Karol Kłos, podpierany przez narzeczoną Oleńkę. Kłosik miał nieźle w czubie, ale jako organizator spisał się na piątkę z plusem, nie przesiadywał jak Andrzej w viproomie, ale chętnie fotografował się z fanami, uśmiechając się do obiektywów oraz podstawianych naprędce smartfonów. Zaraz za Kłosem z imprezy wytoczył się Facundo Conte w ramionach tajemniczej blondynki, a za nim połowa nietomnej Skry.
     Owa blondynka, będąca przyjaciółką Lewandowskich kolebała się na trzynastocentymetrowych szpilkach niczym okręt na wzburzonym oceanie. Godzinę wcześniej Zibi ze zgrozą zaobserwował, że urżnięty     Wrona wlał blond piękności szampana za dekolt a potem potknął się i za szampanem powędrowała jego głowa. Jakaś laska uwieczniała to wszystko smartfonem. W oparach alkoholu zaświeciło się w jego głowie czerwone światełko. Jesli ktoś zrobił zdjęcie to on nie chce być w skórze Wrony. Wkurzona Jagna została w Rzeszowie, a wraz z nią Marian, która wysłała Zbyszka na imprezę w celu pilnowania Andrzeja.
     Ignaczakówna obawiała się o ojca swojego nienarodzonego dziecka, gdyż ten od czasu zdobycia złotego medalu zmienił się o 180 stopni. Miała nadzieję, że sodówa odbiła mu tylko krótkotrwale i po przejściu fejmu wszystko wróci do normy i w spokoju będą oczekiwać narodzin dziecka, ale na razie się na to nie zanosiło. Andrzej bowiem wciąż zachowywał się niczym światowa gwiazda nie wiadomo czego, pławiąc się w uwielbieniu hotek i szczerząc zęby do każdej napotkanej kamery. Niby zadzwonił do niej i chciał, żeby przyjechała i celebrowała z nim sukces ale szczerze mówiąc nie miała ochoty. Wolała pójść z Igłą i Resoviakami na drinka (oczywiście bezalkoholowego) do klubu w Rzeszowie. Mniej zaślinionych fanek i sztucznie rozdmuchanego ego.
     Ponieważ zaś procesy myślowe Zbigniewa spowolnione były pokaźną porcją spożytego alkoholu, dopiero po chwili uświadomił sobie, że jeśli zdjęcie Wrony z głową w buforach obcej blondyny pójdzie w świat i dotrze do oczu Jagny, to on sam będzie miał przerąbane jak w ruskim tanku. Jego piękna, płomiennowłosa i nieco przerażająca Marian wyrwie mu bowiem nogi z tyłka i to bez znieczulenia. Miał pilnować Wrony i co? Zawalił! Będzie przez najbliższy miesiąc wysłuchiwał, że jest niedojrzalym kretynem, który zepsułby nawet stalową kulkę.
     Postanowił zatem działać, a skoro przeszczepienie Wronie mózgu nie wchodziło w rachubę, należało zatem zapobiec skandalowi. Kiedy zatem szeregi imprezowiczów się przerzedziły, a u tych, którzy zostali znacznie spadła zdolność rozpoznania otoczenia, Zibi, ze zręcznością pingwina - komandosa, podkradł się do Wrony, na pół drzemiącego z nosem pod pachą owej faneczki, która uwieczniała wcześniej jego nura w dekolt. Sama faneczka również straciła łączność z ziemią, chrapiąc siatkarzowi we wlosy, na których śladu nie zostało ze zwykłego wymuskania.
     Zbyszek rozejrzał się, czy ktoś nie patrzy, przykucnął, po czym zanurzył dłoń w torebce zwisającej z ramienia fanki, szukając smartfona. Rychło jął przeklinać w duchu skłonność kobiet do noszenia w torebkach mnóstwa niepotrzebnych gratów. Jakim cudem w torbie o rozmiarach zeszytu nie mógł wymacać od razu telefonu? Niepojęte.
Zamroczony Wrona machnął ramieniem, tak, że jego dłoń wylądowała wprost na wypiętym tyłku Bartmana.
     - Klassssa dupcia - wymamrotał, nie otwierając oczu.
Zibi stłumił pchające mu się na usta bluzgi, przełożył delikatnie łapę Andrzeja na fankę i kontynuował przeszukiwanie torebki.
     Wreszcie wymacał smartfona. Włączył go, skasował co trzeba, upewnił się jeszcze, że dziewczę nie zdążyło niczego wrzucić na serwisy społecznościowe, po czym delikatnie wpuścił aparat na powrót do torebki. I zamarł.
Dłoń Wrony znowu spoczywała na jego pośladkach.
     - Lasiuuuunia - mruknął Andrzej.
Zibi westchnął.
Czego to ja nie robię z miłości, pomyślał.

_______________________________________________________________________
Witajcie! 
Długo nas nie było, ale mamy nadzieję że jeszcze tutaj z nami jesteście i nie znudziłyście się na amen. 
Życzymy miłego czytania! 
Ps. Powoli oswajajcie się z faktem, że to opowiadanie zmierza do końca ;)
I bonusik obrazujący wyczyny Ędrju...
 
Pozdrawiamy Fiolka&Martina :)

wtorek, 21 października 2014

Rozdział XIX - Złotko mam na ciebie ochotę!


    Jak się okazało, Zbyszek wcale nie cierpiał na złamanie kabury a zwyczajnie coś mu strzeliło w plecach. Doktor Sokal wszedł do pokoju zaaferowany tym, że atakakujący mógł naprawdę zrobić sobie ciężką krzywdę, gdy zaś zobaczył Zbigniewa nienaturalnie wygiętego a pod nim wściekłą rudowłosą od razu humor mu się poprawił. Uśmiechając się pod nosem przystąpił do oględzin cierpiącego Bartmana, nieledwie tylko powstrzymując się od wybuchnięcia głośnym śmiechem.
    - No co my tu mamy...- rzekł bardzo profesjonalnym tonem. - W którym miejscu cię boli?
    - Wszędzie mam złamany kręgosłup!- jęczał Zibi.
    - A jak do tego doszło?- drążył lekarz.
    Rudowłosa, którą zawstydzić było bardzo ciężko, teraz oblała się purpurą a jej twarz przypominała dojrzały pomidor. Zbigniew przez krótką chwilę pomyślał, że ten płomień na twarzy przypomina kolor jej włosów i gorącą, temperamentną naturę.
    - Bo my ten no chciałem się schylić i mi wtedy coś strzeliło. - tłumaczył się siatkarz.
    - Ten no, ale jak to dokładnie się stało?- dopytywał lekarz.
Jego ciekawość nie była motywowana chęcią dowiedzenia się, co też ta dwójka wyrabiała w pokoju będąc sam na sam. Był dorosłym facetem i wiedział, że krew nie woda a majtki nie pokrzywy skoro zaś ma to     Zbyszkowi pomóc to niech sobie chłopak pofigluje, tylko zazwyczaj od takich harców nie łamią się kręgosłupy.
    - No bo my no ten no tego i ja tego nachyliłem się i łup! - teraz to Zbigniew przybrał ceglaną barwę na swym licu.
    - Całowaliśmy się, Zbyszek nachylił się nade mną i strzeliło mu w plecach! - odpowiedziała w końcu Marian.
    Doktor Sokal uśmiechnął się pod wąsem, zastrzygł brwiami i pochylił się nad torbą lekarską by poszukać zastrzyków. W końcu wyszperał w jej czeluściach ampułkę ze specyfikiem mającym przynieść ulgę cierpiącemu Romeo.
    - Zbysiu ściągnę ci teraz spodnie do połowy masztu i dostaniesz zastrzyk, powinno puścić. - zanim Bartman zdążył się zorientować doktor niczym fachowa pigulara wbił mu w lewy półdupek igłę z lekiem przeciwbólowym i rozkurczowym.
    Bartman czując jak rozkurczająca ciecz rozrywa od środka tkanki jego zadka, rozdarł się głośniej niż syrena pożarowa. Tłumek zebrany na hotelowym korytarzu, który nie rozszedł się nawet na polecenie Oskara Kaczmarczyka, zamilkł w niemym oczekiwaniu co wydarzy się dalej.
    - Czuje się jak wtedy gdy Iwona rodziła Sebastiana. - rzekł Igła ze zgrozą.
    - Myśle, że żadna z położnic nie krzyczy tak jak Bartman. - zachichotał Kłos majstrując coś w swojej komórce.
    Tak naprawdę obrabiał zdjęcie Zbysza i Marian tak żeby była nutka tajemnicy, ale jednocześnie wiadomo było kogo przyłapano in flagranti.  Po chwili zdał relację z wydarzenia(omijając pewne szczegóły) po czym wysłał razem ze zdjęciem do redakcji Ptysiów.net.
    Na sam koniec podpisał się swoim stałym pseudonimem Złotowłosa i czekał na szum w internecie. A co niech sobie Zbysiu pocierpi za te wszystkie lata, kiedy zachowywał się jak nadęty, cwaniacki bufon.
Tymczasem doktor Sokal wyszedł do zgromadzonego ludu z szerokim, pełnym ulgi uśmiechem na okrągłej twarzy.
    - Pacjent ma się dobrze i jeśli chcecie dostać niebieskie tableteczki na spanie to proszę rozejść się do pokojów!- ogłosił wszem i wobec.
    - A co właściwie dolega naszemu amantowi?- zapytał Fabian. - Nie zarażę się?
    - To nie ebola Fabianku więc za chwilę śmiało możesz wejść do pokoju. - rzekł doktor - Zbyszek miał skurcz międzykręgowy, dostał zastrzyk i będzie żył. Jutro zrobimy mu jeszcze tomograf żeby mieć pewność czy to nie jakaś przypadłość neurologiczna.
    - Półfinał za pasem a ten się rozkłada. - rzekł ktoś z tłumu
    - Kto inny się rozkładał mam wrażenie. - zaśmiał się złośliwie Karol.
    - Kłos przeginasz. - odezwał się Możdżonek. - Nie twoja sprawa co oni tam robili.
    - Zbyszek na pewno fiku miki małpki Kiki. - Winiar ubawił się swoim dowcipem.
   Po jakimś czasie towarzystwu w końcu znudziło się wystawanie pod pokojem Fabiana i Zbigniewa. Ruda odczekała jakiś czas, upewniwszy się że Zibi ułożony na brzuchu zasnął po działaniu leków, postanowiła cichaczem wychylić się z pokoju. Przed drzwiami natknęła się tylko na Drzyzgę, który był tak zmęczony że jedyne o czym marzył to położenie się spać. Jagna wysłała Marian sms'a w którym oświadczyła, że nie ma czasu czekać na rudą w nieskończoność i jedzie do góry przespać się kilka godzin.
    Panna Bachledówna- Helin niczym szpieg przemknęła przez uśpione korytarze łódzkiego hotelu, by potem, z mieszanymi uczuciami paść na łóżko w dzielonym z Jagną pokoju. Nie wiedziała jednak, że rozrywki tego wieczoru będą się ciągnąć dalej.
     Dowiedziała się o tym rano, w hotelowej restauracji, w której jadły z Jagną śniadanie. Jagna, grzebiąca leniwie w komórce, zakrztusiła się nagle spożywanymi akurat płatkami kukurydzianymi na mleku, oderwała Marian od ust tosta z szynką i pomidorkiem i podsunęła jej pod nos swój telefon.
     - Patrz!- wycharczała. - Popatrz!
     - Czyś ty oszalała?! - zaprotestowała Marian energicznie. - Nie wal mnie tym telefonem w nos, nosem nie patrzę!
     - Na ekran patrz, idiotko! - odparła Jagna, odzyskawszy oddech. - To Ptysie!
 Marian odsunęła nieco jej rękę, popatrzyła i skamieniała.
     Na ekranie komórki widniało zdjęcie pokazujące Zbyszka, z wykrzywioną bólem twarzy, leżącego na niej samej. Jej gęba, czerwona jak pomidor i otoczona potarganymi włosami była wyraźnie widoczna pod ramieniem Zibiego. Fotografia owa, opatrzona jadowitym komentarzem, zamieszczona została w serwisie Ptysie.net.
     - Zabiję skurwysyna - oznajmiła strasznym głosem Marian.
     - Zibiego? - zdumiała się Jagna.
     - Ale gdzie tam Zibiego! - ruda machnęła niecierpliwie dłonią. - Kłosa! To on strzelił nam focię i komuś dał!
     - Czekaj no, ja się zaraz wszystkiego dowiem, tylko pogadam z Andrzejem - oznajmiła Jagna.
 Pomaszerowała na stronę, wybierając numer do Wrony, który wraz z innymi siatkarzami śniadał w osobnej jadalni. Zanim wróciła Marian zdążyła pożreć trzy tosty, gniew bowiem wzmagał jej apetyt, wypić dzbanek kawy i obmyślić kilka rodzajów tortur jakie chętnie zadałaby Karolowi.
     Wysłuchawszy relacji Jagny z rozmowy z Wroną, Marian sama sięgnęła po telefon, by zadzwonić do Zbyszka.
     - Nie teraz! - Zibi ryknął w słuchawkę jak hamletowski łoś. - Muszę zabić tego skurwysyna!
     - A, to już wiesz - domyśliła się Marian.
     - No jasne, że wiem, trudno żebym nie wiedział, skoro połowa chłopaków leży ze śmiechu pod stołami! - zawył. - Taki mu wpierdol spuszczę, że go Irenka nie rozpozna! 
     - Zbysiu kochany, wstrzymaj się - rzekła Marian głosem słowiczym. - Wiem, że twój męski honor pcha cię teraz do czynów gwałtownych i szanuję to, ale nie tłucz go. 
 W słuchawce rozległo się wściekłe sapnięcie.
     - Ma mu to ujść płazem? - zawarczał Zbigniew z furią. - Po moim trupie!
     - Zbysiu, ja sobie stanowczo nie życzę twojego trupa - kląskała Marian. - I uwierz mi, nie ujdzie mu płazem. Jeśli zrobisz to, co mówię, będzie błagał o litość!
     - Naprawdę? - Bartman jakby się wypogodził.
     - Naprawdę. A teraz słuchaj...
     Jagna, przysłuchując się jak przyjaciółka wyłuszcza szczwany plan Zbyszkowi, kończyła śniadanie. Nie chciałaby być teraz w skórze Kłosa. Za nic w świecie!
     Po śniadanku siatkarze zwinęli swoje manele, zapakowali się w autokar i ruszyli w podróż do Katowic, gdzie miała rozegrać się faza finałowa. Przeciwnikiem naszej reprezentacji mieli byc w półfinale Niemcy, nie mogący się wylegitymować osiągnięciami w siatce i dlatego nieco lekceważeni przez polskie media, nasza kadra jednak podchodziła do meczu półfinałowego z pełną koncentracją i respektem dla rywala. Ostatecznie nikt nie trafia do półfinału z łapanki.
     Polacy zaczęli nieźle, wygrali pierwszego seta, w drugim jednak zrobiło się już ciężko. Mało brakowało, a skończyłby się przegraną Polaków, gdyby nie Wlazły, który zdołał odbić uciekającą w trybuny po źle przyjętej zagrywce piłkę, za pomocą futbolowej przewrotki. Potem błąd Niemców i set został uratowany.
 Wtopiliśmy za to w następnym. Pot kroplisty zrosił czoła kibicom, załodze ławki rezerwowych i trenerowi Antidze, a wszyscy połączyli się w bezgłośniej modlitwie, żeby nie było znowu tiebreaka, bo tego by nikt nerwowo nie wytrzymał. Bogu najwyraźniej był na linii, bo próśb wysłuchał i zesłał polskiej ekipie zwycięstwo w czwartym secie, oznaczające wygraną w meczu trzy do jednego. Finał był nasz!
     Ekipa udała się do hotelu niemożliwie zmęczona, ale w znakomitych nastrojach. Nawet Zibi uśmiechając się szatańsko, przejął boomboxa i zabawił się w didżeja, rozkręcając na pokładzie autokaru coś w rodzaju niedużej imprezki.
     Po kolacji Karol doszedł do wniosku, że musi jeszcze wskoczyć pod prysznic, co też wykonał. Wrona gdzieś zniknął, ale na to Kłos uwagi nie zwrócił, zakładając, że kumpel pewnie poszedł się migdalić z Jagną. 
     Raźno pogwizdując rozebrał się do naga, stanął w kabinie, po czym uruchomił rozmaite masujące funkcje urządzenia, pozwalając wodzie bić, chłostać i uderzać w jego obolałe od ciężkiej pracy mięśnie. To było tak przyjemne, że gdyby był kotem na pewno zacząłby mruczeć.
     Okręciwszy biodra nonszalancko ręcznikiem wyszedł z łazienki i zamarł. Wrony wciąż nie było, ale nie to wbiło Karola w stupor. Otóż na jego łóżku przeciągała się właśnie rozkosznie brunetka w wieku czterdzieści plus, z twarzą zbotoksowaną na sztywno, którą to twarzą usiłowała robić erotyczny dziobek. Do niego!
     - Cześć Karolku! - zamruczała i w tym momencie Kłos uświadomił sobie, że ją zna. Z telewizji mianowicie, była to bowiem znana prezenterka programów śniadaniowych, niejaka Kasia Białorusin. - To co, uczcimy zwycięstwo?
     - Ale jakie uczcimy, proszę pani, to jest jakieś nieporozumienie! - pisnął Karol.
     - Nie bądź taki niewinny - Kasia Białorusin wstała, posyłając mu spojrzenie spod rzęs. - To znaczy to słodkie nawet jest, mówiłam Marysi, że wolałabym Antigę, jest taki ummmm... szlachetny, ale z ciebie też jest słodki pysio... Więc skoro jesteś chętny...
 Podeszła do Karola, on cofnął się i wyrżnął plecami w drzwi łazienki.
     - Nie, ja nie, ja... AAAAAAAAAAAAAA! - wrzasnął cienkim głosem, wyplątał się z objęć Kasi i uciekł na korytarz, nie zauważywszy nawet, że zachłanna rączka pani redaktor rozebrała go z ręcznika.
 Na korytarzu jednak też nie było bezpiecznie.
     - Uśmiech, Kłosiu! - rzekł szyderczo Bartman, robiąc zdjęcie smartfonem. Zza jego ramienia wyjrzała, paskudnie się uśmiechając, Marian.
 Kłos odruchowo zasłonił dłońmi klejnoty.
     - Co wy...? Za co...? - wyjąkał.
Filmujący całe zajście zza rogu Igła prawie tarzał się ze śmiechu. Domyślił się po minie Bartmana rano, że coś będzie grane i postanowił czuwać w okolicy pokoju Karola, tak na wszelki wypadek.
     - Ty się jeszcze pytasz za co? - zapytała Marian groźnie. - Ty się jeszcze pytasz?!
      - To ty na mnie napuściłaś tę potworę? - Karol wybałuszył oczy. - Zabierz ją stamtąd!
     - Zastanowię się - ruda założyła ramiona na piersi i spojrzała w sufit.
     - Zbychu, zrób jej coś! - jęknął Kłos. - Niech ona zabierze to rozerotyzowane pudło z mojego pokoju!
     - Popieram - rzekł Wrona, wyłaniając się zza rogu wraz z Jagną, - Chciałbym pospać.
     - O, Krzysiu - zdziwiła się niewinnie Ignaczakówna, wypychając kuzyna z ukrycia. - Sfilmowałeś to wszystko?
     - Jak tego nie skasujesz, wsadzę ci tę kamerę w dupsko! - rozdarł się Karol desperacko.
     - Karooooolku? - Kasia Białorusin wystawiła głowę z pokoju. - No chodź do Ka... Ojej.
 Potoczyła wzrokiem po zgromadzeniu w korytarzu.
     - Co tu się dzieje?
     - Kasiu, zaszło małe nieporozumienie - rzekła słodko Marian. - Chyba mnie źle zrozumiałaś...
 Odprowadziła prezenterkę na bok i konferowała z nią przez dłuższą chwilę. Ta, rzucała pełne zawodu spojrzenia na Karola, ale pod wpływem jakiegoś argumentu się rozpromieniła i zgodziła się odejść.
     - Poszła - westchnął Kłos, wchodząc do pokoju. Całe zgromadzenie władowało się w ślad za nim.
     - Poszła, ale masz jej udzielić wywiadu po mistrzostwach - odparła Marian ze złośliwą uciechą.
     - A dajcie mi gacie założyć! - Karol wyszarpnął garderobę z walizki.
 Zebrani odwrócili się na chwilę, zwłaszcza tyczyło to dam i po chwili Kłos siedział ubrany na łóżku i podziwiał sam siebie na Ptysiach.
     - Marian zabije cię za to zdjęcie!- syknął Karol wpatrując się w swoje roznegliżowane zdjęcie przerobione tak, że wstyd zasłaniała mu tylko sparklująca gwiazdka. 
     - Nie strasz nie strasz bo się posrasz. - odpowiedziała Marian nic nie robiąc sobie z wyrzutów środkowego. - Trzeba było nie pisać na ptysie donosu o mnie i Bartmanie. 
     - Ja nic nie pisałem! - żąchnął się Kłos. 
     - Złotowłosa to twój nick, Andrzej cię sprzedał. 
     - Jak mogłeś?!- zawył do przyjaciela. 
 Wrona uśmiechnął się pod wąsem. 
     - Zagrałeś poniżej pasa, amigo. Marian wydusiła to ze mnie na torturach. 
     - O mały włos widziałem złotowłosej...kłos...- zarecholił Igła, który razem ze swoim szklanym okiem był świadkiem cyknięcia Karolowi gołej foci na hotelowym korytarzu.

    W dniu finału Ptysie zawrzały nowym newsem a właściwie relacją użytkowniczki "Ruda_tańczy_jak_szalona" i gołemu Kłosowi. Fanki nie potrafiły się zdecydować czy są zachwycone czy raczej oburzone tą fotografią. Ola, dziewczyna Karola raczej nie była pod wrażeniem swojego chłopaka paradującego po hotelowym korytarzu jak go Pan Bóg stworzył, ale Karol zdołał się jakoś sensownie wytłumaczyć.
    Dwie godziny przed finałem dziewczyny/narzeczone i żony siatkarzy oraz ich rodziny powoli zmierzali do Spodka by tam być częścią historycznej chwili. Chyba nie było w kraju człowieka, który nie trzymałby kciuków za reprezentację. A w sztabie i wśród zawodników zapanowała cisza przed burzą, każdy relaksował się na własny sposób odcinając myśli od oczekiwań Polaków.
    Andrzej leżał jeszcze na łóżku myśląc o tym, że chociaż nie zagra w meczu ani też nie stanie w kwadracie dla rezerwowych, to i tak czuje się jakby za chwilę miało się spełnić marzenie jego życia.
Cóż więcej chcieć? Jest przy nim kobieta, którą kocha i z którą będzie miał dziecko w dodatku mistrzostwo jest na wyciągnięcie ręki.
    Podczas gdy Andrzej rozmyślał o życiu, Igła pracowicie sklejał filmik w którym razem ze swoim przyjacielem Gyiorgim Grozerem przepowiadają jak rozdzielą się medale. Pierwsza część wróżby już się spełniła Niemcy wygrali z Francuzami mecz o trzecie miejsce. Teraz tylko trzeba rozwalić Brazylijczyków i wszystko będzie dobrze. Krzysiek nie miał za złe Stefanowi tego, że przez większość turnieju, on musiał latać po studiach a boisko gryzł Zati. Należało się chłopakowi i on Igła był dumny z tego, że ma godnego zastępcę i nie będzie musiał się martwić o przyszłość reprezentacji.

    Z błękitnych oczu libero popłynęła pojedyncza łza wzruszenia, którą szybko starł klikając jednocześnie guzik uploade. Taka chwila nie powtórzy się już nigdy więcej, gdyż to ostatni turniej w jego karierze.
 Wreszcie wybiła godzina rozpoczęcia meczu. 
     - Ja nie wytrzymam, niech oni to wreszcie wygrają, bo się zesram z nerwów! - wyjęczała Marian, łapiąc się kurczowo dolnej krawędzi siedzenia.
 Jagna spojrzała na swą zazwyczaj opanowaną przyjaciółkę ze zdumieniem.
     - Ty, ja tu jestem w ciąży i szaleję, pamiętasz? - zapytała. 
     - Cicho! Do kibica mówisz! - odparła Marian. - A teraz wstawaj, hymn będzie! 
 Darła się przy tym hymnie jak nigdy w życiu. Jagna śpiewała nieco ciszej, acz równeż z sercem, wpisując się w wielotysięczny chór kibicowskich gardeł.
 No i się zaczęło.
     Pierwszego seta przegraliśmy, a Marian ze zdenerwowania niemal wyrwała swoje krzesełko z mocowań, klnąc na czym świat stoi. 
 W drugim secie jednak nasi chłopcy pokazali, że nie tak łatwo ich złamać. Zaczęła się regularna młócka Kanarków, opływających potem i coraz mniej pewnych siebie. Drugi set, wyrównanie, trzeci set, polskie prowadzenie dwa jeden, czwarty set...
 To było coś. Przegrywaliśmy 17:20, wszystko wskazywało na tiebreak, a panowie znienacka wzięli i odbili się od dna. Zaczęli punktować jak maszyny i wreszcie stało się.
     - Trzy!...
     - Dwa!...
     - Jeden!...
     Piłka poleciała na stronę Brazylijczyków, którzy nie zdołali odebrać. Sala rozbrzmiała radosnym rykiem, emitowanym przez kilka tysięcy gardeł, na parkiet wbiegli trenerzy, działacze i rezerwowi.
 Polskie mistrzostwo stało się faktem.
 Żony i narzeczone wpadły na boisko, całując i ściskając swoich mężczyzn. Jagna wpadła z impatem w ramiona Wrony, który zamiótł nią dookoła jak piórkiem. Kątem oka odnotowała Zbyszka, całującego się z Marian tak, jakby świat miał za chwilę ulec zagładzie.
     Potem była dekoracja, nagrana przez Igłę, który kręcił nawet na podium, gdyż prawdziwy operator nigdy nie rozstaje się z kamerą. Były łzy wzruszenia, był śmiech, była wielka feta.
 Wreszcie jednak nastał czas, aby udać się na spoczynek, przy czym większość złotych medalistów zmierzała do łóżek krokiem mniej lub bardziej chwiejnym, w końcu zwycięstwo należało uczcić. Towarzyszyli im rozradowani koledzy z innych reprezentacji, Igłę do pokoju na przykład holował czkający i zapewniający w dwóch językach o dozgonnej przyjaźni Grozer. Krokiem najzupełniej prostym przemieszczał się wyłącznie Marcin Możdżonek, który po prostu nie miał w zwyczaju nadużywać spirytualiów.
     Wronę holowała do pokoju, małżeńskiego apartamentu wynajętego na tę okazję, Jagna, osobiście i własnoręcznie. Kłos spragniony był prywatności z Oleńką, więc nie protestował, a Marian przepadła gdzieś razem z Zibim. Andrzej tryskał entuzjazmem i robił to bardzo głośno, dał się jednak zaholować do pokoju i posadzić na łóżku. Tam go zostawiwszy Jagna poszła się umyć.
    Nocne oblucje zajęły jej nie dłużej niż piętnaście minut, gdyż ze zmęczenia ograniczyła się tylko do szybiego prysznica, mycia zębów i demakijażu. Wysuszywszy się, włożyła na siebie satynową koszulkę nocną w kolorze złota. Kupiła ją wczoraj mając przeczucie, że chłopcy wygrają złoto i będzie mogła poświętować z Andrzejem. Psiknąwszy się mgiełką ukochanych perfum ruszyła do pokoju. Otworzywszy drzwi wysunęła się z łazienki w kuszącej pozie, zaraz jednak zamarła w niej niczym żona biblijnego Lota.
    Obiekt jej uwielbienia jak gdyby nigdy nic stał przy oknie balkonowym i rozbierał się przy nim kręcąc tyłkiem jakby był bohaterem filmu Magic Mike.
Złoty medal lśnił na jego obnażonej piersi a głupkowaty wyraz twarzy wskazywał na to, że jak ona się kąpała on jeszcze coś sobie łyknął.
    - Wrona!- krzyknęła , on zaś szybkim ruchem zasunął roletę.
    - Tak skarbie?- odwrócił się do niej z szerokim uśmiechem.
    - Robisz striptiz przy oknie? Na mózg ci padło? A gdyby ktoś tam stał?- zapytała oburzona.
    - A kto miał stać? Jest czwarta nad ranem skarbie. - zaśmiał się cicho. - Wszystkie faneczki poszły spać...- ruszył w jej stronę, łapiąc ją wpół i przyciskając do owłosionej piersi. Jagna poczuła na dekolcie chłód metalu z którego był wykonany medal MŚ.
    Wrona wpił się w usta Ignaczakówny tak jakby nie całowali się całe wieki a tak nie było, gdyż pół imprezy spędzili zassani w uścisku. Całując się dobrnęli do łóżka, Andrzej zdarł z siebie firmowe gatki i już przymierzał się do ściągnięcia z Jagny satynowej koszulki, górując nad nią niczym posąg, gdy medal nadal wiszący na jego szyi prawie wybił dziewczynie oko.
Tego już było za wiele...
    - Złotko mam na ciebie ochotę!- rzekł zionąc jej do ucha niczym podpity Romeo. - Już mi sto...
    - A ja mam wrażenie, że chcesz spać raczej z tym złotkiem. - Jagna wysunęła się z pod niego gasząc światło i zakopując się pod kołdrą na swojej stronie łóżka.
    Nastrój zgasł jak zdmuchnięty. Jagna z trudem powstrzymywała się przed wyjściem na korytarz i wyciem ze złości, miała nadzieję że ten incydent był jednorazowy i Wronie naprawdę nic nie odbiło.




__________________________________________________________________
Musicie nam wybaczyć opóźnienia na wszystkich blogach. Rozdział na Run miałyśmy napisany do połowy już w sobotę dlatego wzięłyśmy to na pierwszy ogień. Na Julce coś pojawi się jutro lub w czwartek a w weekend posiedzimy nad Pełnią... Mamy nadzieję, że Wam się podoba.
                                                               Miłego czytania F i M :)